Wieści ze świata


The Masters i German Masters 2012

Kolorowe kulki w Berlinie się toczyły,...

... toczyły i wytoczyły całkiem fajne widowisko. Oczywiście nie same, ale wraz z toczącymi je zawodnikami. A najlepszym toczącym okazał się dość nieoczekiwanie... Ronnie O'Sullivan! Tak, dokładnie ten sam, który ledwie kilka sezonów temu był murowanym faworytem w każdym turnieju. Jak to się mówi: fortuna kulką się toczy.

Ale od początku. Przede wszystkim pierwsze (bardzo subiektywne!) odczucie: w moim mniemaniu German Masters oglądało się z daleko większą przyjemnością niż ten, który odbywał się w Londynie. Dlaczego? Bo tam wiało nudą, a tutaj nie? Bo w Berlinie jest bardziej zaangażowana publiczność? No właśnie, trudno jakoś uzasadnić, ale w końcu emocji się nie tłumaczy, tylko co najwyżej przyjmuje do wiadomości. Czyli: Berlin fajniejszy jest niż Londyn i basta (przynajmniej w 2012 roku).

Tak pewnie też uważają Ronnie O'Sullivan i Stephen Maguire, choć ten drugi jeszcze niedawno miał ochotę skoczyć z mostu, nie widząc żadnych pozytywów rozegranego przez siebie finału. Trzeba uczciwie powiedzieć, że dla obydwu panów turniej był po prostu niesamowity. NIE-SA-MO-WI-TY. Prześledźmy drogę Szkota do meczu finałowego: najpierw wygrana z Day'em 5-1. Potem grzmocenie Higginsa i wygrana 5-0 (do zera? z Johnem Higginsem?!). Następnym kąskiem był Judd Trump, który przegrał swoje spotkanie z Maguire'em, prowadząc już 4-2. Szkot okazał się skutecznym złodziejaszkiem frame'ów i dzięki swej umiejętności doszedł do półfinału. Tam, paradoksalnie po dosyć wyrównanym meczu, ograł Shauna Murphy'ego wynikiem 6-0. Z taką dyspozycją po prostu musiał wygrać ten turniej. Niestety dla niego, O'Sullivan również miał ochotę na tytuł...

No właśnie, a jaka była droga Anglika do finału? Oj, bardzo wyboista, poza jednym fragmentem, gdzie całkiem miło łatwo i przyjemnie (dla siebie) przejechał Joe Perry'ego, nie dość, że doskonałą grą to jeszcze tysiącem małych farcików. Zanim jednak mógł to zrobić, to w pierwszej rundzie potyczkował się na śmierć i życie z Andrew Higginsonem. Będąc wręcz w beznadziejnej sytuacji, bo przegrywając 0-4, O'Sullivan wygrał 5 kolejnych partii. Nie było lekko również w ćwierćfinale, w którym to Anglik przegrywał ze Stevensem 1-3, a wygrał 5-3. Mecz wagi ciężkiej odbył się także w półfinale, gdzie niezbyt udaną grą O'Sullivan ograł Stephena Lee 6-4. Niestety, z taką dyspozycją było całkiem prawdopodobne, że finału ze świetnie grającym Maguire'em nie wygra. A tu się okazało...

Ach, te przeklęte remisy w piłce nożnej! Czemu 22 spoconych facetów mi to na złość zrobiło i nie chciało zakończyć meczu w regulaminowych 90 minutach? Jeszcze mi tu karniaki strzelali! Przez ich wysoce nieuprzejme zachowanie nie obejrzałam ani minutki pierwszej sesji finału German Masters. A co tam się działo? Ach, no wiecie, w sumie nic takiego. Ot, w pierwszych czterech partiach panowie strzelili sobie łącznie 4 breaki powyżej stu punktów (O'Sullivan 111, Maguire: 130 - najwyższy w turnieju wart 2 tysiące europejskich papierków, 106 i 128). No i tak poza tym to sesja zakończyła się prowadzeniem Szkota 5-3.

Myślicie, że z transmisją drugiej sesji było lepiej? To macie rację - przynajmniej piłkarze karnych nie strzelali. No i jak dołączaliśmy do meczu, to on nawet jeszcze trwał, choć przez moment wydawało się, że po kilku bilach będzie po wszystkim - O'Sullivan prowadził 8-6 i miał znaczną przewagę w trwającej partii. Niestety / na szczęście (niepotrzebne skreślić) spudłował i oddał całkiem sympatyczny układ na stole Maguire'owi. W kolejnej partii również było nerwowo, jednak ostatecznie to Ronnie O'Sullivan potoczył dwie ostatnie kulki na miarę zwycięstwa w German Masters, 50 tysięcy euro i 5 tysięcy punktów rankingowych (ratujących Anglika przed przesunięciem się poniżej 16 miejsca listy rankingowej). Gratulujemy wygrania pierwszego większego turnieju rankingowego od blisko 2,5 roku. Prosimy o więcej takiego O'Sullivana!

Wiem, paskudna jestem, ale mam ochotę włożyć niezłą szpilę Robertsonowi. Świeżo upieczony triumfator Masters przegrał z Matthew Stevensem w 2 rundzie. I to 1-5. Słaba kondycja?

Z tego miejsca zapraszam na Welsh Open, który rozpocznie się już 13 lutego. Miejmy nadzieję, że poziomem zawodników ani zaangażowania kibiców w niczym nie będzie odstawał od berlińskiego turnieju.

[Powrót na górę strony]

Mastersowo na początku 2012 roku

Ach, co to za piękne chwile nadeszły! Na zewnątrz trzaskający mróz, a ja na nic nie zważając mogę, na złość wszelkim pracusiom, siedzieć w domu i obijać się całymi dniami. No i oczywiście w ramach tej czynności oglądać sobie snookera. Choć trzeba przyznać, że takie bezkarne obijanie się ma również swoje złe strony, jest bowiem podstawową przyczyną braku weny twórczej. Stąd też, stosując metodę minimalistów, za jednym podejściem do stołu (z klawiaturą i komputerem), mogę opisać oba Masterskie turnieje - jeden zakończony jakieś 1,5 tygodnia temu, drugi rozpoczęty pierwszego dnia lutego.

Tak, tak, coś takiego jak turniej Masters 2012 obiło mi się o uszy. I to, że odbywał się w nieco nudnawej atmosferze (żaden mecz nie został rozstrzygnięty w decydującej partii!). No i że wygrał Neil Robertson z Shaunem Murphym wynikiem 10-6, dzięki czemu Australijczyk mógł przytulić do siebie czek za 150 tysięcy funciaków i kryształowy puchar. Szansa na trzeci brylant w koronie (po MŚ2010 i Masters 2012) już najprawdopodobniej w grudniu podczas UK Championship.

Co tam jeszcze? Ah tak, słyszałam również, że po raz kolejny O'Sullivan uległ Juddowi Trumpowi. Czyżby psychiatra sportowy Ronniego znów miał pełne ręce roboty? Jednak na osłodę starszemu Anglikowi zostaje nagroda w postaci czeku za najwyższego breaka w turnieju (141 punktów), który wbił w meczu z Trumpem właśnie... pobijając breaka 140, zrobionego przez młodszego z Anglików chwilę wcześniej. To z pewnością był piękny mecz, szkoda tylko, że zwykły zjadacz chleba musiał się zadowolić jedynie ochłapami w postaci fragmentów w stacji Eurosport (nie Eurosport 2 czy Player).

Czy warto tu wspominać o czymś jeszcze? No, może o spudłowanej przez Johna Higginsa różowej, którą gdyby wbił, wyrównałby wynik półfinału z Murphym na 5-5. Niestety, bila ta padła łupem Anglika, dzięki czemu to on, a nie Higgins, mógł poasystować w finale Robertsonowi.

Ale to wszystko to już historia, więc lepiej skupić się na tym, co zaczyna się dziać na naszych oczach - na turnieju German Masters. Tak, tym samym, który zainaugurował w ubiegłym roku i który to wygrał Mark Williams przed około 2,5 tysiącami kibiców zasiadającymi w berlińskiej hali. Ah, co to była za atmosfera! Nie dość, że Niemcy są mistrzami (Mastersami?) w organizacji turnieju, to na dodatek są idealnymi kibicami wytwarzającymi z pewnością pozytywne wrażenie, niewątpliwie wpływające na jakość gry zawodników. Jestem przekonana, że i w tym roku będzie podobnie, dlatego mocno zachęcam do śledzenia tych rozgrywek!

P.S. Nasz rodzynek na turnieju German Masters - Krzysztof Wróbel (z orłem na piersi!), który zagrał dzięki przyznanej dzikiej karcie, niestety odpadł z turnieju w pierwszym meczu, przegrywając 2-5 z Paulem Davisonem. Ale zobaczyć Polaka (nawet w tle) w turnieju rankingowym na ekranach telewizyjnych - bezcenne!

[Powrót na górę strony]

UK Championship 2011

UK pokrojone na kawałeczki

Nie, to, że tak długo nie pisałam, nie oznacza jeszcze, że porzuciłam stronę (lub jeszcze gorzej: snookera w ogóle), lecz działałam zgodnie z pewną mądrą myślą, która brzmi mniej więcej tak: Najpierw obowiązek, a dopiero potem przyjemność. Okazało się jednak, że czasu na przyjemności nie było za wiele, no i zdecydowanie za mało, aby móc w swoim stylu skomentować bieżące wydarzenia snookerowe. Mam nadzieję, że już wkrótce będzie lepiej.

Ale koniec tej prywaty! Pora wrócić do niezwykle interesujących wydarzeń z Barbican Centre. Oczywiście w wielkim skrócie, podobnie jak okrojona została formuła rozgrywania turnieju. No właśnie, czy to dobrze, że mecze (poza półfinałami i finałem) są rozgrywane do 6 wygranych frame'ów, a nie, jak dotychczas - do 9? Zdania, jak zwykle, są pewnie podzielone. W tym miejscu słyszę krzyki, że spotkanie, dajmy na to takich zawodników jak Ebdon i McLeod, trzeba by było podzielić na co najmniej 3 sesje, więc ukrócenie meczów było koniecznością. Ja natomiast krzyczę jeszcze głośniej: z powodu zmniejszonego dystansu nie obejrzałam sobie ani sekundy meczu Ronniego O'Sullivana z Juddem Trumpem! Gdyby formuła turnieju pozostała niezmieniona, mogłabym doświadczyć emocji w trakcie drugiej sesji spotkania, a tak? No cóż, muszę powiedzieć, że z powodu tego wszystkiego czuję się po prostu bardzo pokrzywdzoną istotką...

Niestety, to nie jedyny mecz, który opuściłam (zarówno z powodu skróconej formy jak i licznych obowiązków). Właściwie to miałam okazję w większym wymiarze obejrzeć tylko kilka spotkań: Dale'a z Trumpem, półfinały oraz oczywiście sam finał. Stąd moje zdziwienie było ogromne i narastało do jeszcze większych rozmiarów, gdy słyszałam, jacy zawodnicy zdążyli już odpaść z rozgrywek. Williams przegrał? Higginsa nie ma? O'Sullivan znowu pod pantoflem (znaczy się Trampkiem)? To niemożliwe! Kiedy, jak?!

Ano zdarzyły się niemałe wtopy faworytom. O ile O'Sullivana i dalszych przeciwników (Maguire, Robertson) można rozgrzeszyć za porażki z nieźle dysponowanym Trumpem (choć szczerze mówiąc, tego zawodnika stać na o wiele więcej) o tyle porażki nie mogę wybaczyć Dale'owi, który miał okazję do sprawienia niespodzianki i wyrzucenia poza burtę UK Trumpa. Niestety, niesłychane szczęście Anglika, poparte jego szaloną grą, sprawiło że nie dość że ograł Walijczyka, to na dodatek wygrał potem cały turniej (i sławę, i puchar, i czek na 100 tysięcy funciaków).

Podobnie, jak cały turniej, inni faworyci również zostali pokrojeni na kawałeczki i nieoczekiwanie skonsumowani przez swoich przeciwników. Wspomniałam o Higginsie, który odniósł porażkę z Maguire'em (ale Szkotowi można wybaczyć - wcześniej miał niezłą przeprawę z Rorym McLeodem). Williams wraz z Murphym ulegli kopii O'Sullivana czyli Rickowi Waldenowi. Marco Fu rozprawił się z Markiem Selbym. A Mark taśma-klejąca-na-ustach Allen, mając dosyć łatwą drabinkę, doszedł aż do finału, w którym wbił 4 (prawie 5) breaków powyżej stu punktów, kradnąc w ten sposób całe show zwycięzcy UK.

UK Championship 2011 było kolejnym dowodem na to, że rozgrywki mogą stać na bardzo wysokim poziomie bez udziału największych faworytów, a niekoniecznie wygranym całych zawodów jest zwycięzca finału. Szkoda tylko, że to wszystko było w tak okrojonym wymiarze...

P.S. Wiem, że to nie dotyczy UK, ale gdy przeczytałam dzisiejszą (13.12.11) Wyborczą to jasny piorun mnie w miejscu trafił. Nasz rodzynek w Main Tour, mały człowiek o olbrzymim talencie do snookera - Kacper Filipiak - być może będzie musiał przestać trenować na Wyspach i wrócić do skromnych treningów w Polsce. Powodem całego zła jest brak pieniędzy, bo sponsorów brak, a Ministerstwo Sportu żyje w swoim świecie i nastolatkowi nie pomoże. Jeśli więc będzie jakaś narodowa zrzuta fanów snookera, aby Kacper mógł kontynuować szlifowanie swojego talentu - z pewnością się dołożę!

[Powrót na górę strony]

Brazil Masters 2011

Brazylia ziewała z nudów

Nie tego się spodziewałam. Oczekiwałam wysokiego poziomu od zawodników (których to określa się profesjonalistami), a także pełnego zaangażowania emocjonalnego ze strony brazylijskiej publiczności. Niestety, zawiodłam się. A winę po połowie ponoszą zarówno gracze jak i kibice (których od czasu do czasu pokazywano, aby udowodnić, że na trybunach jednak siedzą jakieś żywe dusze). Pamiętam, jak to panowie komentatorzy przytaczali wiele liczb świadczących o sporej popularności snookera w największym państwie Ameryki Południowej. Niestety, atmosfera panująca w trakcie Brazil Masters bardziej zachęcała do ziewania aniżeli do aktywnego kibicowania. Dlaczego tak uważam? Cóż, wystarczy dokonać porównania Brazylijczyków z naszymi zachodnimi sąsiadami, którzy potrafili stworzyć pozytywną atmosferę w turnieju German Masters. Różnicę tę powiększa fakt, iż po Niemcach nie spodziewałam się takiego poziomu zainteresowania snookerem, zaś Brazylijczykom ustawiłam wysoko poprzeczkę. Cóż, upadek z wyższej wysokości zawsze boli.

Ale, jak wspomniałam wcześniej, kibice nie są tu jedynymi winnymi sennej atmosfery. Najzwyczajniej w życiu zawiedli zawodnicy. Bo jak tu się cieszyć z wysokiej wygranej Hendry'ego z Carterem w drugiej rundzie (4-0), gdy gołym okiem było widać, że to tak właściwie Anglik przegrał, a nie Hendry wygrał. Oczywiście łatwo jest wskazać, że Shaun Murphy spisał się w Brazylii najlepiej, podwyższając swój poziom z meczu na mecz, ale nawet i on nie zachwycił. A przynajmniej nie do końca (choć w finale w szybkim tempie ograł Greame Dotta, w dodatku robiąc najwyższego breaka w turnieju).

Pocieszające jest jednak to, że w każdym turnieju udaje się znaleźć chociaż małą łyżeczkę miodu na osłodę. Mam tu na myśli oczywiście Igora Figueiredo, jedynego profesjonalnego gracza z Brazylii. Przyznaję, że po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć go w akcji i byłam naprawdę pozytywnie zaskoczona jego poziomem gry. Moje zdziwienie wzrosło, gdy w pierwszej rundzie pokonał on Jamiego Cope'a, a uległ dopiero Dottowi, a po drodze nastukał jeszcze 114-oczkowe podejście. Myślę, że spokojnie mógłby się on znaleźć w pierwszej 16-stce a już na pewno wśród pierwszych 32 zawodników na świecie (obecne miejsce to 98), gdyby nie... brak środków finansowych. Wiadomo, wszystko kosztuje: wpisowe, przelot, mieszkanie na miejscu. Być może dzięki takiemu udanemu występowi w Brazil Masters Igor znajdzie swojego sponsora. A wtedy, miejmy nadzieję, Brazylijczycy tłumnie ruszą na kolejny turniej, który odbędzie się w ich kraju już w przyszłym roku. I tym optymistycznym akcentem pozwolicie, że zakończę swoje pastwienie się nad właśnie minionym turniejem.

[Powrót na górę strony]


Shanghai Masters 2011

Gdzieś to już widziałam, czyli powtarzający się koszmar Marka Williamsa

[Mark Selby zwycięzcą Shanghai Masters 2011]

Irytacja, złość, rozpacz? Nie wiem, jakie uczucia by mi towarzyszyły, gdybym to ja przegrała trzeci finał turnieju rankingowego w niemalże identyczny sposób. Tym bardziej mogę tylko przypuszczać, co się działo w głowie Marka Williamsa, gdy ten był zmuszony patrzeć na Selby'ego wydzierającego mu zwycięstwo w Szanghaju.

Nie minął nawet rok od pierwszej tak spektakularnej porażki Williamsa. Walijczyk miał dosyć sporą przewagę nad Johnem Higginsem, ba, wygranie dziesiątej partii było już właściwie formalnością, bo Szkot był w potrzebie snookerów. A jednak Williams cały finał dosyć nieoczekiwanie przegrał, tym samym pomagając Higginsowi stać się żywą legendą (pierwszy duży turniej Szkota po powrocie z banicji i bach! cudowny come back). Można by to wszystko nazwać bardzo przykrą wpadką Williamsa, dopóki nie nadszedł sezon 2011/2012...

Australian Goldfields Open, zakończone ledwie kilka tygodni temu. To miała być dziecinnie łatwa wygrana tytułu dla Walijczyka, który na swojej drodze do samego finału nie spotkał się z NIKIM, kto byłby rozstawiony w pierwszej 16-stce światowego rankingu. Kwestią czasu było ogranie w meczu finałowym Stuarta Binghama. I ponownie, w niewyjaśnionych okolicznościach, Walijczyk spotkanie przegrał 8-9, prowadząc w meczu 8-5!

Finał rozgrywany kilka dni temu w Szanghaju był, zgodnie z oczekiwaniami, bardzo wyrównanym spotkaniem. Williams natrafił na godnego siebie przeciwnika, jakim z pewnością jest Mark Selby (dodajmy, że od początku sezonu czyhał on na pierwsze miejsce listy rankingowej okupowane przez... Marka Williamsa). Wiadomo było od początku, że nie będzie łatwo, zwłaszcza, że pod koniec pierwszej sesji Walijczyk walczył z całych sił, aby przegrywać tylko 4-5, a nie 3-6. W drugiej odsłonie meczu Selby powiększył swoją przewagę do wyniku 7-5... i wtedy zaczął systematycznie przegrywać kolejne frame'y. Już Williams był w ogródku, już witał się z gąską, gdy doprowadził do korzystnego dla siebie wyniku 9-7. Aż tu nieoczekiwanie nastała partia numer 17, która to najprawdopodobniej odwróciła losy meczu. A konkretnie to jedna kontrowersyjna sytuacja, z której musiał jakoś wybrnąć biedny sędzia spotkania Eirian Williams. Selby, wychodząc z trudnego snookera, nie mając pomysłu na bezpieczne ustawienie białej, zaufał losowi i próbował zaliczyć czerwoną popularnym strzałem hit and hope. Pech chciał, że obok czerwonej stała sobie różowa, która mocno skomplikowała całą sytuację, bowiem można było odnieść wrażenie, iż obie bile zostały jednocześnie dotknięte przez białą, co oznaczałoby popełnienie faulu. Początkowo sędzia wydał wyrok pomyślny dla Williamsa, jednak po dłuższych konsultacjach z drugim sędzią zmienił zdanie na korzyść Selby'ego. Ten ostatecznie z wyniku 7-9 wygrał całe spotkanie 10-9, zgarniając 65 tysięcy funtów oraz tytuł Mistrza Szanghaju sprzed nosa Walijczyka. Można to nawet traktować jako swoisty rewanż za tegoroczne German Masters.

W tym samym czasie Williamsowi zapewne powypadało kilka włosów, trochę to ze zdziwienia, ale chyba bardziej ze złości na sędziego, Selby'ego, cały świat i w końcu na siebie, że mając taką przewagę roztrwonił ją w podobny sposób, co w dwóch innych finałach turniejów rankingowych. Na co może on zwalić winę? Na zmęczenie (Williams w półfinale grał 11 partii z Robertsonem o wieczornej porze czasu lokalnego, a Selby tylko 6 w czasie popołudniowym), krzywy stół, kicki, sędziego, który być może popełnił błąd w kontrowersyjnej sytuacji? Trudno powiedzieć, wiadomo jednak, że Mark Williams prędzej czy później będzie musiał się pogodzić z gorzkim smakiem porażki, jaki zafundował mu los trzy razy w ciągu roku.

Wiem, że z powyższych słów jakiś taki smutek przebija, ale, tak jak w poprzednich finałach, całym sercem byłam za Walijczykiem. Jedyne co mi pozostaje, to życzyć sobie i innym fanom Williamsa, abyśmy więcej nie musieli przeżywać takiego deja vu.

Źródło zdjęcia: worldsnooker.com

[Powrót na górę strony]

Jedno jest pewne - będzie nowy Mistrz Szanghaju

Już w pierwszej rundzie Ali Carter - obrońca tytułu zdobytego sezon temu - dał ciała i zmuszony jest pożegnać się z pucharem na rzecz innego zawodnika. Przyczyną awaryjnego lądowania popularnego Kapitana był Mark King, który wygrał spotkanie wynikiem 5-4. W kolejnej rundzie czeka na Anglika prawdziwa niespodzianka - w swojej własnej osobie Fergal O'Brien. Tak, ten sam, który wraz z Kenem Dohertym współtworzył parę irlandzką na Pucharze Świata w Bangkoku. Nie zapomnijmy dodać - niezbyt udany to był duet. I nagle okazuje się, iż Fergal wykrzesał z siebie tyle energii, aby móc pokonać Petera Ebdona wynikiem 5-3. Dla Anglika to już druga taka poważna wpadka w tym sezonie - wystarczy sięgnąć pamięcią do niedalekiej Australii, aby przypomnieć sobie, że tam Ebdon również zakończył swój udział w turnieju w pierwszym meczu. Słabiutko. A na początku października jest przewidziana rewizja listy rankingowej...

A właśnie. Konia z rzędem, całe królestwo i pół ręki księżniczki temu, który ogarnia cały ten system bez wnikliwych analiz. Snookerowych wydarzeń w kalendarzu całe mnóstwo. Wcale nie mówię, że to źle, wręcz przeciwnie - bardzo się cieszę z takiego obrotu sprawy (pamiętam takie czasy, gdzie turniejów było z siedem, a wakacje dla zawodników trwały od maja do października). Ale jako zwykły zjadacz chleba nie jestem w stanie wszystkiego zrozumieć i zapamiętać. To fakt, przyznaję się, że nie chciało mi się w to wszystko jakoś specjalnie zagłębiać. Z mojego punktu widzenia najważniejsze jest widowisko i radość czerpana z obserwowania najwspanialszych zagrań snookerowych na świecie. A nie namiętne obliczanie ilości punktów poszczególnych zawodników (wychodzę z założenia, że jeszcze nie razy w życiu będę korzystać z kalkulatora...). Dlatego też dałam sobie z tym wszystkim spokój. Co będzie to będzie, a czasem niewiedza sprawi, że będę miała większe niespodzianki przy okazji następnych rozgrywek. Uff, to tyle z wyjaśnień, dlaczego nie rozpisuję się tutaj o PTC i punktach. Rajcują mnie zagrania a nie cyferki. Koniec pieśni.

O czym to była mowa? Ah, no tak, już pokornie wracam do wydarzeń w Chinach. Szkoda, że w podobny sposób, co ja przed chwilą, nie mógł zakończyć swojego meczu mój ulubieniec Dominic Dale. Trąba jedna, miał chyba z 1001 okazji do wygrania spotkania z Shaunem Murphym. Gdyby się postarał, Walijczyk mógłby rozgromić Murphy'ego nawet 5-0. Niestety, prowadząc 4-1 przegrał z Anglikiem 4-5. Tu pudło na czarnej robiącej frame'a, tam na brązowej... Fatalnie grający Murphy swoimi zagraniami wręcz zachęcał Dale'a do wygrania. Ten jednak uparcie nie podniósł żadnej szansy i z autoironicznym uśmiechem na twarzy musiał pożegnać się z Szanghajem. Najwyraźniej marzenia trzeba odłożyć do 2017 roku [dwa poprzednie wygrane turnieju przez Dale'a to Grand Prix 1997 i Shanghai Masters 2007].

Za to swoje marzenie o pozostanie w pierwszej 16-stce światowego czuba zrealizował Ronnie O'Sullivan, pokonując Wattanę 5-1. Wielu liczyło na bardziej wyrównany mecz, niestety, Tajski Tajfun zmienił się w słaby wiaterek, bo Wattana nie zaprezentował się nam najlepiej (w przeciwieństwie do jego wcześniejszych spotkań). Zresztą O'Sullivan też nie grał oszałamiająco, ale wystarczająco pewnie i solidnie, co zapewniło mu grę w drugiej rundzie chińskiego turnieju. Hm, czyżby polityka bata (wylot poza 16-stkę), a nie marchewki tak zadziałała na Ronniego? Warto się przyjrzeć, co będzie on czynił w kolejnych etapach tego turnieju, choć nie tylko on powinien skupić naszą uwagę. Interesująco zapowiada się jeszcze co najmniej kilka innych meczów (Cope - Selby, Bigham - Higgins, Williams - Milkins...), stąd też radzę sumiennie oglądać trwający turniej w Szanghaju.

Tak, tak. Trochę jestem nie na czasie. Jak pisałam ten tekst, to jeszcze nie rozegrano wszystkich spotkań z pierwszej rundy. A potem podstępnie wyłączyło się dobrodziejstwo w postaci Internetu. Bardziej jednak niż brak sieci, zabolał mnie fakt, iż Hendry dzięki porażce z Milkinsem 1-5 praktycznie wyleciał poza pierwszą 16-stkę światowego rankingu. Szkot grający w kwalifikacjach? Masters bez Hendry'ego? Koniec świata musi być blisko... Drugą nieprzyjemną niespodzianką była wygrana Goulda z Dingiem, zwłaszcza, że to Chińczyk prowadził już 3-0. Wyjątkowo paskudny dzień dla chińskich kibiców, po uwzględnieniu porażki Lianga Wenbo z Robertsonem i faktu, iż w turnieju nie ma reprezentanta gospodarzy.

[Powrót na górę strony]


Australian Goldfields Open 2011

Wspomnienia z Bendigo

[Stuart Bingham zwycięzcą w Australian Open]

Australia to kangury i misie koala. A także pustynie i dżungle. Między nimi są również miasta, miasteczka, a wśród nich Bendigo, które przez cały tydzień gościło teoretycznie najlepszych snookerzystów świata.

Ktoś mógłby w tym miejscu doczepić się do słowa teoretycznie. W końcu mieliśmy okazję oglądać na ekranach naszych telewizorów (a jeśli się posiada Eurosport 2 to w o wiele większym wymiarze) pierwszy większy turniej rankingowy w tym sezonie. Pomijając nieobecności Ronniego O'Sullivana i Graeme Dotta (do obu przyczepił się ból pleców, a to bardzo nieprzyjemna sprawa, wiem coś o tym), byli wszyscy zawodnicy z samego szczytu listy rankingowej. W takim razie o co chodzi? Bądźmy szczerzy: do jasnej ciasnej kurteczki, tak zwani faworyci dali w tym turnieju ciała. Na 31 rozegranych spotkań w fazie telewizyjnej wygrali 16, co daje około 51,6% skuteczności. Słabiutko.

Zacznijmy od początku, czyli od obecnego Mistrza i Wicemistrza Świata. Obaj pożegnali się z Australią zadziwiająco szybko, bo już w swoich pierwszych spotkaniach. John Higgins przegrał 4-5 z Matthew Seltem, którego największym osiągnięciem w snookerze jest... udział w ćwiartce zakończonego już turnieju w Bendigo, pokonując po drodze dwóch wielokrotnych szkockich mistrzów świata (tak, tak, Hendry też padł jego łupem). Judd Trump zaś przeprawił się przez pół świata tylko po to, aby przegrać z Markiem Davisem 3-5.

A dna worka z niespodziankami jeszcze nie widać. Wynikami 3-5, oprócz wyżej wspomnianego Trumpa, ulegli: Ebdon z McLeodem (trochę łoś z tego Ebdona, bo wygrywał już 3-0), Carter z Campbellem oraz Cope z Fordem. Zastanawiam się, czy do niespodzianek można zaliczyć również porażkę 4-5 Matthew Stevensa z Liangiem Wenbo. W ostatnim sezonie o wiele lepiej prezentował się Walijczyk, podczas gdy Liang nie wygrał ani jednego spotkania w Main Tour. Chłopak się jednak nieźle rozkręcił na Drużynowym Pucharze Świata w Tajlandii, co zapewne dodało mu pewności siebie, bowiem Chińczyk w Australii zaatakował maksa. Niestety, skończyło się na 120 punktach, snookerem za zieloną i bolącą ręką po jej silnym spotkaniu z bandą.

Jednak największymi sprawcami tak niskiej skuteczności faworytów byli Ken Doherty oraz Stuart Bingham, choć nieco większą zasługę w tym przypadku miał ten drugi. Zacznijmy jednak od Irlandczyka, który ostatnimi czasy nie prezentował dobrej gry. Dawno wypadł poza pierwszą 16-stkę, czasami dotelepał się do fazy telewizyjnej, ale nigdy nie był uważany za faworyta. Występ w Tajlandii bezlitośnie obnażył słabości irlandzkiego snookera. Stąd też absolutnie nikt się nie spodziewał, że Doherty ulegnie dopiero w meczu półfinałowym turnieju z Markiem Williamsem 2-6. Wcześniej niespodziewanie ograł Maguire'a (5-2), Lianga Wenbo (horror 5-4), a także zwycięzcę Wuxi Classic Marka Selby'ego (5-3). Czas pokaże, czy to był tylko taki jednorazowy wyskok formy Irlandczyka, czy też będzie on coraz częściej oglądany na ekranach naszych telewizorów. Doherty'emu życzymy oczywiście tej drugiej wersji.

Stuart Bingham - co o nim wiadomo? Urodzony w 1976 roku, profesjonalista od 1995, dotychczasowe najlepsze osiągnięcia to ćwierćfinały w 5 turniejach, najwyższy break to 147. No i pokazał, że ma jaja, psując niejednemu przeciwnikowi krew we właśnie zakończonym turnieju, choć najbardziej to pewnie odczuli w ćwierćfinale Mark Allen i w finale Mark Williams. Ale oprócz nich, dotkliwą porażkę odnieśli również kolejno: Ding Junhui (5-2), Tom Ford (5-0), a także w półfinale Shaun Murphy (6-2).

Dlaczego Williams najbardziej odczuł swoją porażkę z Binghamem? No cóż, bo liczył na kolejny tytuł do swojej kolekcji. W tym turnieju Walijczyk nie musiał zmagać się z żadnym zawodnikiem rozstawionym w pierwszej 16-stce światowego rankingu - czyż można sobie wymarzyć łatwiejszą i przyjemniejszą drogę do zwycięstwa? Niestety, na drodze stanął mu Anglik gotowy na wszystko, który nie odpuścił w żadnym fragmencie meczu. Stąd po pierwszej sesji było 4-4, a w drugiej nie poddał się przegrywając już 5-8. Solidną grą odrabiał straty, a Williams, nie popełniając zbyt wielu błędów, musiał przyglądać się grze przeciwnika. W końcu, gdy doszło do decydującego frame'a, a Walijczyk postawił perfekcyjną odstawną, do stołu podszedł Anglik i wbił niesamowitego dubla, którym zaczął swojego breaka. Po drodze zdarzyło się kilka błędów, do stołu podchodził jeszcze Williams, ale okazało się, że bile w tej partii są przeciwko niemu i strzeliły mu kickiem w najmniej odpowiednim momencie. Bingham dobił brakującą resztę i mógł się cieszyć z pierwszego uzyskanego tytułu rankingowego w życiu.

To wszystko nie bardzo było na rękę Markowi Allenowi, który całkiem niedawno stwierdził, iż Stuart Bingham nie ma jaj i nigdy nie będzie w stanie wygrać z Irlandczykiem z Północy. Nie wycofał się z tych słów nawet po tym, gdy Anglik ograł go w ćwierćfinale - wręcz przeciwnie, Allen dodał oliwy do ognia w całej sytuacji. A właściwie dolał paliwa rakietowego do ego Binghama, dzięki czemu ten mógł rozjechać kolejnych swoich przeciwników. Po tym wszystkim Allen zaćwierkał (twitnął?) już nieco łagodniej, gratulując swojemu jajecznemu koledze wygrania tytułu.

W całym turnieju zagubił się gdzieś Neil Robertson, faworyt australijskiej publiczności. Cóż, Mistrz Świata sprzed roku nie popisał się i odpadł z turnieju już w drugiej rundzie, po dramatycznym meczu z Dominikiem Dalem (4-5 w partiach i 69-70 w ostatnim frame'ie). Dzięki temu Walijczyk mógł dołączyć do swojego krajana w ćwierćfinale, aby wraz z Williamsem sprawić, moim skromnym zdaniem, najlepsze widowisko w tegorocznym Australian Goldfields Open.

Chiny, Tajlandia, Australia i... znów Chiny. Kolejnym większym turniejem rankingowym będzie Shanghai Masters rozgrywany na początku września. I znów snooker będzie oglądany przy śniadaniu, zamiast kolacji...

Źródło zdjęcia: worldsnooker.com; Autor: George Spiteri.

[Powrót na górę strony]

Puchar Świata w Tajlandii

Kacper - dobry duch polskiego snookera

W wieczornej relacji (15.07) usłyszałam zdanie, które pozwoliło mi sobie uświadomić skalę sukcesu, jaki odniósł w ostatnim czasie polski snooker. Prawdą jest, że gdyby jeszcze pół roku temu jasnowidz, któremu uprzednio zapłaciliśmy sporą sumkę, powiedział, że: Polak dostanie się do Main Touru, polska drużyna będzie Wicemistrzem Europy, aha i jeszcze jedno: polska reprezentacja pojedzie na Drużynowy Puchar Świata to naszą pierwszą reakcją byłoby popukanie się w czoło i zaczęlibyśmy żałować straconych właśnie pieniędzy. A dzisiaj? Odległe marzenie stało się faktem. Do tego zauważonym przez brytyjskie, a zwłaszcza polskie media.

Głównym bohaterem całego zamieszania jest niepozorny i szalenie skromny 15-letni blondyn z Warszawy. Jakieś 3,5 roku temu stwierdził, że ma ochotę pograć sobie w snookera, całkiem jak ci wszyscy zawodowcy, których poznawał poprzez relacje Eurosportu. Nikt się nie spodziewał, że w 3 wiosny później stanie się pierwszym Polakiem i najmłodszym w historii zawodnikiem Main Touru, dzięki niespodziewanej wygranej w Mistrzostwach Europy do lat 21. Jakby tego było mało, w Tajlandii wygrał sobie z Marco Fu, Johnem Higginsem i Stephenem Maguire'em. Co z tego, że tylko po jednym frame'ie (co właściwie w snookerze jest loterią) - cały snookerowy świat uznał to za swoistą sensację. O Kacprze Filipiaku przez moment głośno było w polskich mediach, które przy okazji zauważyły, że istnieje świat zielonych stolików, przy których niekoniecznie są rozdawane karty. Na temat młodego Polaka ćwierknął (twittnął?) również sam Ronnie O'Sullivan. Życzymy sobie, aby jego słowa [że Filipiak zostanie w przyszłości Mistrzem Świata] były prorocze.

Niestety, dobre występy Polaków zostały nieco przyćmione porażkami z Afganistanem i Tajlandią II (po 1-4 we frame'ach), co w efekcie dało nam ostatnie miejsce w tabeli. Ale sami sobie kibice winni - zamiast dostrzegać, co już zostało osiągnięte (a myślę, że takiego wielkiego kroku do przodu w snookerze nie dokonała żadna inna reprezentacja), wolimy rozdmuchiwać swoje nadzieje niczym bańka mydlana. Dlatego w tym miejscu chciałabym serdecznie pogratulować Kacprowi Filipiakowi i Krzysztofowi Wróblowi - panowie, wykonaliście kawał dobrej roboty! Dzięki Wam rok 2011 jest rokiem przełomowym w historii polskiego snookera, a dobry duch w postaci Kacpra sprawi, iż znacząco wzrośnie stopień zainteresowania tym sportem, co w przyszłości na pewno przełoży się na poziom kolejnych polskich zawodników. Dzięki!

A teraz wracamy do szarej (a może raczej zielonej?) rzeczywistości turnieju w Bangkoku. Zgodnie z oczekiwaniami, z fazy grupowej wyszły wszystkie (uznawane za najsilniejsze) reprezentacje. Wśród nich są znajdują się:

... gdzie poszczególne drużyny będą grały ze sobą na krzyż tj. pierwsza reprezentacja z grupy A z drugim zespołem z grupy B itd. W tym miejscu należy jednak przyznać, iż faworyci nie mieli łatwej przeprawy w grupach, bowiem ci słabsi również pokazali, że grać w snookera umieją i nie należy ich szans z góry przekreślać. Pozytywnie mnie zaskoczył fakt, iż snooker w takich egzotycznych dla mnie krajach jak Egipt, Pakistan czy Afganistan stoją na naprawdę wysokim poziomie. Już nie mogę doczekać się kolejnej edycji takiego turnieju, oczywiście z udziałem polskiej reprezentacji!

Ćwiartki, połówki i finał z Tajlandii odbędą się w sobotę i niedzielę (16-17.07). Życzę wielu emocji przy śledzeniu zmagań najlepszych drużyn świata.

P.S. Prawie nic pewnego nie ma na tym świecie - żaden z murowanych faworytów z zestawu Szkocja, Anglia i Walia nie dotarł do finału. W ich miejsce wskoczyły niespodziewanie Chiny (które, pomimo słabej formy Dinga Junhui i wręcz opłakanej Lianga Wenbo, nie przegrały w całym turnieju żadnego meczu) oraz sensacyjnie Irlandia Północna. Wynik finału: 4-2 oraz szczerozłoty puchar i 200 tysięcy dolarów dla reprezentacji Chin.

[Powrót na górę strony]

Wuxi Classic 2011

Azjatycki zawrót głowy

Umówmy się tak: jeśli kibic snookera śledzi rozgrywki od dłuższego czasu niż dwa ostatnie sezony, to przyzwyczaił się on raczej do dość leniwie płynącego czasu pomiędzy kolejnymi turniejami. Gdy kończyły się zawody to pod ich wrażeniem można było być jeszcze przez co najmniej kilka dni. Życie jednak pędzi do przodu i nie ma czasu na zagłębianie się w minione turnieje, gdyż kolejne dni przynoszą następne sensacyjne wieści. I dokładnie to się dzieje teraz - kto w Polsce będzie się przejmował jakimś-tam Wuxi Classic, gdy właśnie nasz rodzynek, jedyny Polak w Main Tourze, pokonał samego Marco Fu!

Ale po kolei: była sobie czwarta edycja turnieju na zaproszenia rozgrywanego w Wuxi. A oto kilka faktów:

  1. Brak Eurosportu 2 uniemożliwia mi oglądanie turnieju. Nie tylko na żywo, ale w ogóle. A godzinna retransmisja z finału, choćby nie wiem jak doskonałego, nie zdąży w człowieku wyzwolić emocji. Przykro mi.
  2. Tytułu nie obronił Shaun Murphy. Przegrał on w półfinale z Ali Carterem 3-6.
  3. Do finału nie doszedł Ding Junhui (w przeciwieństwie do poprzednich lat). Lokali kibice byli tym faktem z pewnością rozczarowani.
  4. Na otarcie łez po przegranej z Selbym (5-6 w drugim półfinale) Dingowi pozostaje wygrana za wbicie najwyższego breaka w zawodach, mającego dokładnie 137 oczka.
  5. Turniej, w gustownym niebieskim wdzianku, wygrał Mark Selby. Pokonał on Ali Cartera 9-7, ponoć w całkiem niezłym stylu. Potem obaj panowie spakowali swoje manatki i wyruszyli jako reprezentacja Anglii na Puchar Świata w Tajlandii. Cóż za przewrotność - jeszcze w niedzielę życzyli sobie nawzajem pudeł, a od poniedziałku muszą ze sobą współpracować. Można dostać zawrotu głowy, prawda?

W ten oto płynny sposób Chiny zmieniają się w Tajlandię, gdzie snooker rządzi się nieco innymi prawami. Oto kilka pierwszych obserwacji:

  1. Sędziowie po zakończonym breaku nie mówią nazwiska zawodnika, ale nazwę kraju, z którego pochodzi. Genialne w swojej prostocie.
  2. Graczy jest po dwóch z kraju, który zasłużył na wyjazd do Bangkoku. My byliśmy grzeczni i Polskę reprezentują Kacper Filipiak oraz Krzysztof Wróbel (panowie, właśnie składam Wam moje ukłony!).
  3. Mecze trwają ni mniej ni więcej jak 5 partii. Cztery frame'y to gry singlowe (każdy gra z każdym), a partia środkowa jest deblowa, gdzie zawodnicy zmieniają się... co uderzenie. Słowo rotacja nabrało w snookerze całkiem nowego znaczenia...
  4. Z oczywistych względów najbardziej interesują mnie postępy reprezentacji z Orłem na piersi. Pierwszy sukces już jest - Polska wygrała z Hongkongiem wynikiem 3-2. Cieszmy się tym, póki możemy, bo pojedynek z kolejnymi przeciwnikami, czyli Johnem Higginsem i Stephenem Maguire'em nie będzie przyjemnym spacerkiem...

Puchar Świata w Tajlandii z pewnością intryguje. Dzięki niemu można zobaczyć, jak potrafią (bądź nie) współpracować ze sobą snookerzyści zarówno ze światowego świecznika jak i ci mniej znani, jak na przykład egzotyczne zespoły z Afganistanu czy Pakistanu. Z pewnością warto śledzić te rozgrywki, przede wszystkim po to, aby ściskać kciuki za reprezentację Polski. Powodzenia!

[Powrót na górę strony]


Lipiec spod znaku snookera

Pamiętam, że jeszcze kilka sezonów temu lipiec oznaczał środek sezonu ogórkowego. Słońce leniwie rozgrzewało, w telewizji były same powtórki, snookerzyści na wakacjach... A dzisiaj? Deszcz za oknem siąpi, informacyjne stacje telewizyjne emocjonują się politykami (szkoda, że ci sobie nie wyjechali na wakacje), a na Eurosporcie rozpoczął się Wuxi Classic 2011.

Wuxi jest (jeszcze) turniejem zaproszeniowym, a biorą w nim udział: Ebdon, Stevens, Maguire, Dott, Murphy, Carter, Ding Junhui oraz Mark Selby. Do tego grona należy doliczyć również Chińczyków z dzikimi kartami, którzy grają o udział w ćwierćfinale z pierwszymi czterema wymienionymi panami. Jeśli ktoś myśli, że Chińczycy są tylko chłopcami do bicia we własnym kraju, to już dzisiaj Yu Delu pokazał wszelkim niedowiarkom, jak bardzo się mylą, gdy pokonał Matthew Stevensa wynikiem 5-4. Wiem, wiem, w drugim porannym spotkaniu wygrał Peter Ebdon 5-3 z Rouzi Maimaitim (wbijając nawet dwa breaki powyżej stu punktów), ale gdy Chińczyk w końcu się odblokował to również potrafił pokazać kawałek solidnego snookera.

Kolejne mecze turnieju Wuxi będą trwały aż do niedzieli. A to jeszcze nie koniec snookera w tym miesiącu, bowiem czeka nas jeszcze World Cup w Tajlandii z udziałem Kacpra Filipiaka i Krzysztofa Wróbla (11-17 lipca) a także Australian Open (18-24 lipca). Jakby tego było mało, World Snooker sporządził ze stacją Eurosportu nową umowę, na mocy której snookera na antenie będzie jeszcze więcej. Tak więc można śmiało mówić, że kolor zielony od dzisiaj będzie kojarzony głównie z suknem a nie ogórkiem. I tak przez najbliższe 5 lat...

[Powrót na górę strony]


MISTRZOSTWA ŚWIATA 2011

Upadać nisko by się wyżej wznieść!

[Finaliści Mistrzostw Świata - John Higgins i Judd Trump]

Niestety, mój wymarzony finał nie doszedł w końcu do skutku. Judd Trump (na zdjęciu z prawej) pokonał Chińczyka Dinga Junhui swoimi niesamowitymi huknięciami, które przeplatał wraz z ogólnie panującym chaosem na stole. Aż dziw bierze, że z taką grą ktokolwiek mógł zrobić aż pięć breaków powyżej 100 punktów! No tak, ale Judd Trump to nie ktokolwiek. To wschodząca gwiazda snookera, która już zdetronizowała Ronniego O'Sullivana, jeśli chodzi o ranking najbardziej ekscytująco grających zawodników. Szalone pomysły, szalone zagrania, genialne wykonania. A to, że chaos na stole? A kogo to obchodzi, gdy posiada się kosmiczne techniki i każda bila słucha się jak usłużny ratlerek? Ding Junhui próbował nadrobić straty swoją stabilną i naprawdę całkiem niezłą grą, ale niestety nie wytrzymał konkurencji ze strony Trumpa i przegrał walkę o finał wynikiem 15-17.

W drugim półfinale była klasyczna bitwa pomiędzy Markiem Williamsem a Johnem Higginsem. Tu też mój faworyt przegrał. Co z tego, że Walijczyk sprawował się lepiej przez cały turniej, skoro nie potrafił w sobie wskrzesić w odpowiednim momencie instynktu zabójcy i w maksymalny sposób wykorzystać słabe chwile Johna Higginsa? Kluczowa była sesja druga, którą Williams powinien był wysoko wygrać, a tylko zremisował 4-4. W kolejnych dwóch sesjach Szkot się rozbudził na dobre, osiągając w trzeciej sesji prowadzenie i nie oddając go aż do końca meczu. Werdykt: 17-14 dla Johna Higginsa (choć Mark nie ma się czym martwić, bowiem i tak jest na szczycie tabeli rankingowej).

W ten oto sposób utworzyła nam się ciekawa para finałowa: John Higgins kontra Judd Trump. Spokojna i doświadczona woda kontra siejący trwogę i spustoszenie ogień. O ile młody Anglik wytrzymywał konfrontację w pierwszych dwóch sesjach (ba, w drugiej nawet wygrał 6-3), o tyle w dwóch ostatnich następowała powolna katastrofa. Najczęściej partie przebiegały według schematu: Trump wbija 30-40 punktów i potem: a) strata pozycji, genialne wbicie, proste pudło, b) pech c) nierozsądna decyzja taktyczna (niepotrzebne skreślić). Do stołu dorywał się Higgins, który spokojem ducha robił co do niego należało - czyli układał rozsądnie grę i wbijał, wbijał, wbijał. Jakby był w pracy. Mało emocji, dużo solidności. I ta właśnie solidność doprowadziła go do czwartego tytułu Mistrza Świata.

Johnowi Higginsowi mogłabym w tym miejscu dedykować piosenkę Budki Suflera Przegrywać czasem to normalna rzecz, gdzie są słowa: upadać nisko by się wyżej wznieść!. Równy rok temu była afera o kryptonimie na zdrowie!. Ujawnienie nagrań, niby przyjęcie propozycji łapówkarskiej, upadek na samo dno snookerowego piekiełka. Potem banicja i stopniowa odbudowa swojego nadszarpniętego wizerunku. Śmierć ojca. A na końcu jak w bajce, czyli szczęśliwe zakończenie, choć z ziarnkiem gorczycy, bowiem zaufanie wielu fanów snookera można stracić w ułamku sekundy, a przekonywanie o swojej niewinności będzie trwać całymi latami. Sama wciąż nie wiem, jaki zająć stosunek wobec Szkota. Ciągle są mieszane uczucia i wiele wątpliwości. Wiem natomiast jedno - za dokonanie takich wyczynów w takim trudnym okresie należą się słowa podziwu i szczery szacunek. Niewielu na świecie potrafiłoby to powtórzyć. Tak więc panie i panowie: czapki z głów przed nowym (starym) Mistrzem Świata Johnem Higginsem! Życzymy jeszcze większej ilości sukcesów oraz wyprostowania swojej drogi życiowej.

Zdjęcie pochodzi ze strony: global-snooker.com.

[Powrót na górę strony]


China Open 2011

Trampek Made in China

[Judd Trump zwycięzcą China Open 2011]

Lepszego występu w turnieju China Open Judd Trump nie mógł sobie wyobrazić. Mało mu było, że doszedł po raz pierwszy w karierze do finału turnieju rankingowego. W tym meczu również musiał nieźle narozrabiać, jednocześnie bardzo psując krew Markowi Selby'emu.

Starszy z Anglików nie może się pochwalić wysoką skutecznością wygrywania turniejów. Do finałów dochodził aż 5 razy, trofeum w rękach trzymał tylko raz (dawno temu i w Walii). Z tego powodu aż się prosiło, aby gładko ograć Trampka i sięgnąć po chiński tytuł. Niestety, na drodze stanął młody i gniewny (w dodatku ta rozczochrana fryzura pewnie miała za zadanie przestraszyć przeciwnika)

Judd Trump wysunął ciężką armatę już w pierwszej partii, wbijając breaka w wysokości 104 punktów. Dogonił go dosyć Szybko Mark Selby, odpowiadając breakiem liczącym 88 oczek. Kolejne dwa frame'y należały do młodziutkiego Anglika, gdzie wbił drugi raz 104 punkty w jednym podejściu (wbijając zarazem swoja setną setkę w karierze). Znowuż podobnie zachował się Mark Selby, odpowiadając breakiem 90-punktowym. Po takiej wymianie ognia, po pierwszej sesji na lepszej pozycji znajdował się Trump, wygrywając dosyć niespodziewanie 5-3.

Druga sesja finału też była niczego sobie. Padły cztery kolejne setki, w tym aż 3 w wykonaniu Selby'ego, który heroicznie starał się dogonić swojego przeciwnika. Doprowadził on w końcu do remisu 8-8, a w 17 partii starał się szukać snookerów za czarną na różowej. Niestety, zrobił sobie snookerowe seppuku, nieszczęśliwie wbijając bilę za 6 punktów do kieszeni, tracąc tym samym możliwość uzyskania punktów z fauli przeciwnika. Po tej nieszczęśliwej partii nastąpiła kolejna, bardzo wyrównana i stresująca dla obu panów. Okazało się, że presję wytrzymał Judd Trump i to właśnie on został zwycięzcą China Open roku 2011, ogrywając starszego krajana wynikiem 10-8. Zgarnął on tym samym sławę, złotą paterę i 60 tysięcy funtów.

Będąc na miejscu Neila Robertsona miałabym się czego bać w nadchodzących Mistrzostwach Świata. Obecny Mistrz Świata bowiem, w drodze do obrony uzyskanego sprzed roku tytułu, w pierwszej rundzie będzie musiał pokonać właśnie Judda Trumpa. Anglik zaś, wygrywając China Open, pokazał, że bez walki się nie podda.

Wielkimi krokami zbliżają się Mistrzostwa Świata. Będą one trwać od 16 kwietnia do 2 maja. Relacje po około 9-10 godzin dziennie. Z obu stołów. Oj, będzie się działo. Miejmy nadzieję, że zarówno zawodnicy jak i komentatorzy wytrzymają kondycyjnie. Tych ostatnich niech lepiej nie zawiedzie gardło :-).

Zdjęcie pochodzi ze strony: global-snooker.com

[Powrót na górę strony]

Players Tour Championship 2011

Irlandzka rozgrzewka przed Chinami

Dziś dzień Świętego Patryka - patrona Irlandii (a przy okazji upadłych na duchu oraz inżynierów). Irlandczycy się bawią, niekoniecznie przy zielonym stole, za to zapewne przy złotym płynie. W tej oto atmosferze rozgrywa się wielki finał z cyklu PTC, w którym uczestniczy 24 najlepszych graczy rozgrywek PTC oraz EPTC.

W końcu to enigmatyczne PTC i EPTC stało się czymś namacalnym. Za pomocą pilota do telewizora mogę sprawić, iż przed moimi oczyma ujrzę zielony stół i kolorowe bile, które wydają charakterystyczny stukot (w Dublinie jakiś taki głośniejszy i z większym echem niż zwykle). W ruch wprawiają je zawodnicy, dla których jest to ostatni poważny sprawdzian przed kolejnym (nieco większym) turniejem rankingowym, jakim będzie China Open w Pekinie (od 28 marca).

Kogóż to konkretnie tam mamy? Nie, pytanie źle postawione. Należy przede wszystkim wspomnieć o nieobecnych: Johnie Higginsie, który zapewne uczestniczyłby w tym finale, gdyby nie słynne na zdrowie! oraz Ronniem O'Sullivanie, który po raz kolejny w tym sezonie miał swoje powody, aby nie angażować się w snookera. Do tego grona trzeba doliczyć również Stephena Maguire'a, który zrezygnował w ostatniej chwili z udziału oraz Marco Fu, który uległ w pierwszej rundzie Holtowi.

Ale nie psujmy sobie atmosfery i przypomnijmy sobie tych, którzy będą mieli okazję wystąpić. Wśród nich są między innymi: Mark Williams, Dominic Dale, Matthew Stevens, Mark Selby, Stephen Lee, Anthony Hamilton, Andrew Higginson. Zdążyły już paść cztery breaki powyżej 100 punktów, a do końca rozgrywek jeszcze daleko, bowiem półfinały i finał zostaną rozegrane dopiero w niedzielę. Po tym trzeba będzie już tylko cierpliwie poczekać tydzień i... nastawiać budziki na wczesny ranek, aby zdążyć na popołudniowe sesje rozgrywane w Czajniku Open. Tymczasem życzę miłych wrażeń związanych z PTC.

[Powrót na górę strony]

Welsh Open 2011

Walia ponownie podbita przez Szkocję

[John Higgins zwycięzcą Welsh Open 2011]

Szkoci ponownie udowodnili, że nie zamierzają się z nikim dzielić, jeśli chodzi o nagrody, bowiem w finale o laur zwycięstwa walczyli John Higgins ze Stephenem Maguire'em. Jakby tego było mało, to najwyższym breakiem w turnieju popisał się inny Szkot - Stephen Hendry, wbijając 147 oczek w jednym podejściu. Uzyskał on w ten sposób remis w mini-rywalizacji z Ronniem O'Sullivanem na ilość wbitych maksymalnych breaków - obaj mają ich po 10 sztuk.

Wracajmy jednak do finału, który określiłabym jako drogą dwukierunkową. Pierwszą sesję prowadził Stephen Maguire, który przez kilka pierwszych frame'ów miał imponującą skuteczność na wbiciach: 100%! Dopiero późniejsza pomyłka popsuła tak idealną statystykę, jednak to i tak oznaczało tyle, że Maguire właściwie się nie myli. Według innych statystyk miał wbitych mniej więcej dwa razy więcej punktów i bil niż przeciwnik. Pomimo tego jednak, po pierwszej sesji prowadził przewagą najmniejszą z możliwych, bo jedynie 5-3. Wynik mógł brzmieć 6-2, jednak Higgins okrutnie swojego krajana pokarał za popełniony błąd.

Kierowcą drugiej sesji finału był John Higgins. I to co najmniej rajdowym. Nie dość, że w szybkim tempie wyrównał wynik spotkania na 5-5, to na dodatek wyszedł na przerwę przy prowadzeniu 7-5. Higgins był w natarciu i już niewiele pomogła wygrana kolejnej partii przez Maguire'a i stawianie snookerów w ostatnim frame'ie meczu. Wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że Higgins obroni walijski tytuł zdobyty przed rokiem. Znaki te poprawnie odczytały matka i żona zwycięzcy, które niecierpliwie czekały na wbicie decydujących bil świadczących o wygraniu turnieju przez ich syna i męża. A tenże syn i mąż wygrał kolejne trofeum w swojej karierze (konkretnie rzecz mówiąc tytuł numer 23) - o tyle cenniejsze, że obronione sprzed roku.

Już kolejny turniej sezonu za nami. Choć nie miał tej niesamowitej atmosfery, która była w Berlinie, to z pewnością powinniśmy go zapamiętać po naprawdę wysokim poziomie, jaki zaprezentowali panowie w finale. Miejmy nadzieję, że China Open, rozpoczynające się za miesiąc (28 marca) pozostawią po sobie równie miłe wspomnienie.

Zdjęcie pochodzi ze strony www.worldsnooker.com

[Powrót na górę strony]

German Masters 2011

Finał o dwóch prędkościach

[Mark Williams zwycięzcą German Masters 2011]

Zanim jednak przejdziemy do finału, w którym to wystąpił widoczny obok nie do końca ogolony pan, warto powiedzieć kilka słów o ćwiartkach i połówkach... znaczy się o ćwierć i półfinałach.

Spoglądając na wyniki spotkań ćwierćfinałów można przypuszczać, iż nie obfitowały one jakoś specjalnie w emocje. Trzy pojedynki zakończone wynikami 5-1, gdzie w jednym z nich Mark Selby wygrał 5 partii z rzędu, zapewne w afekcie, po tym, jak Ding Junhui w pierwszej partii wbił 118 punktów w breaku. W pozostałych dosyć gładko wygrali Mark Williams z Joe Perrym oraz Marco Fu z Joe Swailem (czyli Marki górą nad Joe'ami). W czwartym meczu Dott się trochę dłużej pomęczył ze Stephenem Maguirem, ogrywając swojego krajana 5-2.

W meczach półfinałowych panowie musieli się ze sobą już nieco bardziej pomęczyć. Wprawdzie Mark Williams ruszył jak z kopyta, jednak Marco Fu wyrównał wynik meczu na 3-3. Po tym jednak Chińczyk już właściwie tylko asystował przy świetnie grającym Williamsie. Zgoła inaczej wyglądał pojedynek pomiędzy Graemem Dottem a Markiem Selbym. Tam w niemalże każdej partii scenariusz był podobny: jeden z graczy miał nad drugim przewagę wynoszącą około 70 punktów. To sprawiało, że aby przeciwnik mógł myśleć o wygraniu danego frame'a, to był zmuszony do stawiania snookerów. I zarówno Selby jak i Dott mieli na tyle determinacji i wiary, że potrafili stawiać snookery nawet, gdy potrzebowali trzech fauli ze strony rywala! Obu panom gratuluję cierpliwości, Selby'emu na dodatek kondycji, której Dottowi pod koniec zabrakło i która to mogła być przyczyną porażki Szkota wynikiem 4-6.

W ten oto sposób utworzył nam się Markowy finał (choć markowy nie tylko z powodu zbieżności imion obu panów), złożony z Walijczyka Marka Williamsa i Anglika Marka Selby'ego. Finał, jak go sobie pozwoliłam nazwać, dwóch prędkości, bowiem pierwsza sesja była niczym bolid formuły 1, a druga przypominała raczej dorożkę ciągniętą przez leniwego konia.

Pierwsza odsłona meczu trwała efektywnie około 1,5 godziny. Około 90 minut - tyle zajęło obu Markom zagranie aż ośmiu frame'ów! W głównej mierze to zasługa Marka Williamsa, który grał jak burza, składając się do każdego uderzenia w ciągu kilku sekund. Mark Selby nie ustępował swojemu walijskiemu koledze i również prezentował bardzo ofensywną grę. Jednak na takiej strategii źle wyszedł Anglik, bowiem po pierwszej sesji przegrywał 3-5.

Zupełnie inny przebieg miała druga sesja finału. Tym razem Mark Selby postawił na taktykę i, trzeba mu to przyznać, wybrał świetnie. Na potwierdzenie tych słów jest fakt, iż Anglik zdołał się podnieść z wyniku 4-7 i doprowadzić do remisu. Po drodze panowie aż pięć razy powtarzali różne partie, bowiem każdy z nich odnosił się z wielkim szacunkiem do bil i nie chciał ryzykować. Zwłaszcza, gdy z obu stron zagrania były wy-śmie-ni-te.

Wśród tego skupienia i panującej ciszy znalazł się również czas na... robienie żartów ku uciesze widzów. Sytuacja była następująca: Mark Williams musiał wyjść ze snookera. Jako, że nie miał jakiegoś specjalnego pomysłu na jego wyjście, zaryzykował hit and hope. Uderzył z całej siły prosto w różową, która porozpychała kilka czerwonych pozostających na stole. Sędzia Jan Verhaas ogłosił faul i miss, jednocześnie błagalnym wzrokiem spoglądając na Selby'ego, by ten nie kazał mu odtwarzać sytuacji. Niestety, Anglik nie mógł znaleźć żadnego zagrania dla siebie i skorzystał z przysługującego mu prawa missa. No i zaczął się kabaret: sędzia w siódmych potach odtwarza ustawienie czerwonych, a Selby najpierw sobie pogwizduje a potem idzie spać na bandę, która jest naokoło stołu. W tym samym czasie Williams zaczyna się bawić białą, po czym w ogóle ją bierze ze stołu i chowa ją w kieszeni spodni. Gdy przyszedł czas na ustawienie białej bili, biedny sędzia nie mógł jej znaleźć. Zawodnicy mu odpowiadają, że biała jest w kieszeni, więc sędzia przeszukuje kieszenie stołu. Na szczęście po krótkim czasie Williams się zlitował nad Holendrem i ujawnił mu swój żart, wyjmując białą z kieszeni swoich spodni, ku uciesze rozbawionej publiczności.

Taka chwila luzu przydała się obu panom, jednak po doprowadzeniu przez Anglika do remisu 7-7, partie wygrywał już tylko Williams, stając się zwycięzcą German Masters. Uzyskał on w ten sposób swój 18 tytuł rankingowy, 50 tysięcy euro oraz widoczny na zdjęciu oryginalny puchar z czerwoną bilą.

Wiem, wiem, aż żal o tym w ogóle wspominać, ale niestety - taki piękny turniej, obfitujący w ładną grę i wspaniałą atmosferę już się skończył. Niestety. Na pocieszenie jest jednak fakt, iż Welsh Open zbliża się wielkimi krokami i rozpocznie się już 14 lutego.

Zdjęcie pochodzi ze strony worldsnooker.com.
Podsumowanie całego German Masters na stronie 147.com.pl

[Powrót na górę strony]

The Masters 2011

Chińszczyzna

[Ding Junhui zwycięzcą Masters 2011]

... czyli mistrzowskie granie pałeczkami w finale Masters 2011.

Kto by się spodziewał. W samym sercu brytyjskiej stolicy, w finale prestiżowego turnieju typowo brytyjskiego sportu znajdzie się dwóch zawodników z chińskimi paszportami. A jednak bęc! I stało się. Uśmiech ironii (i przy okazji mój) był wielki, gdy w finale Mastersa zmierzyli się ze sobą Ding Junhui i Marco Fu. Dodajmy, że w pełni zasłużenie.

Ding Junhui grał na równym i jednocześnie bardzo wysokim poziomie przez cały turniej. Wbił on pięć breaków powyżej stu punktów, po drodze dając łupnia po kolei: Markowi J. Williamsowi (do 4), Graemowi Dottowi (do 2) oraz Jamiemu Cope'owi (do 3). Nie było na niego mocnych, łącznie z finałowym rywalem, jakim był jego krajan z Hongkongu.

Marco Fu wcale nie miał łatwiejszej drogi. W pierwszej rundzie pokonał Stephena Maguire'a (przy okazji to w tym meczu Szkot wbił najwyższego breaka turnieju w wysokości 142 punktów i 15 tysięcy funtów) wynikiem 6-4. Kolejnym rywalem był Peter Ebdon. Okazało się, iż to spotkanie przerosło wszelkie oczekiwania pod względem czasu trwania. Najwięksi pesymiści wróżyli, że panowie zaczynając od 20 nie skończą przed 2 w nocy. Jakie musiało być zdziwienie, gdy Marco Fu wbijał ostatnią bilę w okolicach 22:20! Cały mecz zresztą był zadziwiający - Chińczyk niemalże pożarł Ebdona wynikiem 6-0. Grał fantastyczne frame'y, wbijał cudowne bile. Niestety, od czasu do czasu, po pięknych zagraniach przychodziły te banalne pudła, po których Ebdon miał szansę wrócić w tym spotkaniu. Jednak dostać szansę to co innego niż ją wykorzystać - Anglik mylił się najdalej w czwartym zagraniu, po czym nad stołem ponownie zaczął władać Fu.

Zdecydowanie najcięższym spotkaniem dla przyszłego finalisty był półfinał z Markiem Allenem. Irlandczyk z Północy wygrywał już spokojnie 4-1, myśląc, iż finał jest w zasięgu ręki. Z tego, jak bardzo się mylił, zdał sobie sprawę dopiero wtedy, gdy jego przewaga topniała w oczach. Tracąc władzę nad stołem doprowadził do katastrofy, która nastąpiła, gdy Fu wbił ostatnią bilę piątej wygranej z rzędu partii, odsyłając z kwitkiem Marka Allena z turnieju Masters. Oj, to był iście Markowy mecz.

W ten oto sposób obaj panowie spotkali się w historycznie chińskim finale, który dał podstawę Internautom do stworzenia żartu: Jak się nazywa azjatycki deser? FuDing!. Coś w tym jest - trzeba było przestawić się na chińszczyznę z obowiązkowymi pałeczkami (brakowało mi już tylko słynnej sztuczki pana Bogdana Wołkowskiego, gdy ten gra w snookera używając dwóch kijów jednocześnie). Danie w postaci finału było bardzo smakowite, szkoda tylko, że większość pyszności znajdowała się po jednej stronie talerza - konkretnie tam, gdzie siedział Ding Junhui.

Młodszy z Chińczyków zaczął mecz z przytupnięciem 120-oczkowego breaka, w drugiej partii dokładając 74 punkty. Fu częściowo odrobił straty w trzeciej partii. Kolejne dwie były jednak dla niego snookerowym koszmarem - w obydwu zaczął punktować, by w wyniku błędu oddać inicjatywę przeciwnikowi, który niecnie wykorzystał dane mu szanse. W istocie wynik mógł brzmieć 3-2 dla Marco Fu, podczas gdy w rzeczywistości wynosił on 4-1 dla Dinga Junhui. W szóstej partii Fu zdołał podnieść ze stołu okruszki (z tej chińszczyzny rzecz jasna) w postaci 82 punktów, jednak kolejne dwie wygrał dość pewnie młodszy z Chińczyków.

Gdy wynik brzmiał już 6-2 dla Dinga Junhui, kibice zaczęli się niepokoić. Nie po to wydali kawał pieniądza na to, aby mecz zakończył się w najbliższych czterech partiach. Stąd zapewne bardzo mocno dopingowali Marco Fu, nagradzając niemalże każde jego zagranie. Na podobną łaskę ni mógł liczyć Ding Junhui, który nie usłyszał oklasków nawet przy wymagających wysokich umiejętności wbiciach. Zapewne przez te dwie partie w drugiej odsłonie meczu, gdzie królował Marco Fu (zbliżając się z wyniku 2-6 na 4-6) mógł sobie przypomnieć pamiętny finał z 2007 roku (przegrana 3-10 z O'Sullivanem), który to sprawił taki znaczny spadek jego snookerowego potencjału. To właśnie po tym meczu musiał odbudować swoją psychikę. W niedzielę Ding powrócił silniejszy i bardziej odporny, dając temu wyraz w ostatnich partiach finału Mastersa 2011. Trzecią partię drugiej sesji wygrał po długiej i zażartej bitwie z Marco Fu (który zdecydowanie musi poćwiczyć wychodzenie ze snookerów). W kolejnych trzech gładko ograł swojego przeciwnika, nie dając mu wbić więcej jak 12 punktów, samemu robiąc minimum po 80 w jednym podejściu. W ten sposób Ding Junhui szybko dobiegł do wyniku 10-4, który zaczął go uprawniać do noszenia tytułu zwycięzcy Masters 2011. Cztery lata po pamiętnej porażce, licznych przegranych, wyrzeczeń i ciężkiej pracy nastąpił triumf. Zasłużył, jak mało kto. Brawa na stojąco dla obu panów za wspaniały finał i piękne mecze w tym turnieju.

Paradoksalnie (a może właśnie dlatego?), pomimo porażek tylu faworytów w pierwszej rundzie, turniej ten był jednym z najlepszych jakich oglądałam. Mam nadzieję, że podobną historię będzie miał German Masters, który będzie można śledzić od 2 lutego. Zapraszam, jednocześnie życząc miłego czasu spędzonego w ramach akcji Snooker w samo południe :-)

Zdjęcie pochodzi ze strony: Worldsnooker.com

[Powrót na górę strony]

UK Championship 2010

Tak powstają legendy

[John Higgins zwycięzcą UK Championship]

Szok i niedowierzanie - oto odpowiedź, dlaczego tak długo milczałam na temat finału i w ogóle całego turnieju UK Championship. Bowiem na moich własnych (dodajmy - zielonych) oczach powstała legenda, której na imię jest John Higgins. Przez moment został już prawie wymazany z kart snookerowej historii z ogólnie wiadomych przyczyn, które raczej nie wyszły Szkotowi na zdrowie. Nie poddał się i skutecznie przeciwstawił się wszystkim złym znakom na niebie i ziemi wygrywając cały turniej UK Championship. Jak by tego było mało, finałowe spotkanie z Markiem Williamsem było jednym z lepszych jakie kiedykolwiek w życiu widziałam. I z pewnością jedno z najbardziej emocjonujących.

Williams powinien być zadowolony, jeśli wygra z Higginsem chociaż trzy frame'y - te komentatorskie słowa wciąż obijają mi się w przestrzeni między uszami. Fakt pozostaje faktem - Williams nie grał najlepiej we wcześniejszych fazach turnieju (jego mecz z Hendrym wołał wręcz o pomstę do nieba). Za to Walijczyk ma taką właściwość, że im jest dalej w drabince, tym większą wykazuje się efektywnością i walecznością. Wyjątkowo dobitnie to pokazał w półfinale, gdy wygrywał 6-3, następnie przegrał pięć kolejnych partii, aby ostatecznie wygrać z Shaunem Murphym 9-8 i... 6-2 pierwszą finałową sesję. Potem to już tylko następowała powolna walijska katastrofa.

W tym samym czasie po drugiej stronie stołu Higgins zaczął zbierać resztki swojej rozbitej nadziei, ciułając partię za partią. Bardzo skromne były ilości owej nadziei, zważając na fakt, iż w pewnym momencie Szkot zaczął przegrywać wynikiem 5-9 (w spotkaniu do 10 wygranych!). Każdy błąd mógł go kosztować przegranie meczu. Wyjątkowo krytyczna sytuacja nastąpiła, gdy Williams prowadził w spotkaniu już tylko 9-7 - otóż Walijczyk miał większą przewagę niż liczba pozostających punktów na stole. Rodzina Williamsów jednak zbyt wcześnie skakała do góry ze szczęścia, bowiem Higgins zaczął stawiać snookery. Pozytywne nastawienie Szkota się przydało, bo poskutkowało pomyłkami Walijczyka. Higgins w ten sposób wygrał tę partię. I dołożył do swojej puli kolejną, doprowadzając do remisu na 9-9!

W ostatnim frame'ie finału właściwie buchało emocjami i wszystko było możliwe - zarówno Williams mógł się przebudzić z zimowego borsuczego snu, jak i rozpędzony Higgins mógł udziergać swoją piątą partię z rzędu. Obaj panowie mieli szansę wygrać ostatniego frame'a turnieju, gdyby nie zaistniałe kicki lub błędy poddenerwowanych zawodników. Jednakże takiego zakończenia finału nie spodziewał się żaden kibic, ani tym bardziej biedny Williams - do głowy Higginsa wpadł iście szatański pomysł, aby wbijać brązową dublem... wzdłuż (wzdłuż, nie wszerz!) stołu. Najlepsze jest to, że ta sztuczka, dzięki sprzymierzonym ciemnym siłom, się udało. Szkot dobił Walijczyka również cudowną niebieską przez cały stół i równie piękną różową. I już po wszystkim. John Higgins, wysłany na półroczną snookerową banicję, przegrywając 5-9 w finale ostatecznie wygrał cały UK Championship na 10-9... dubelkiem na brązowej. Historia Szkota nadaje się wprost na scenariusz filmowy - piękna kariera, potem incydent, samo dno snookerowego piekiełka, a na koniec Happy End. I zarezerwowane miejsce na kartach historii, gdzie z pewnością nikt go już stamtąd nie wymaże. Bo legend się nie da usunąć - one żyją własnym życiem.

Szkliste oczęta obu panów mówiły same za siebie, jeśli chodzi o przeżywane emocje. Williams, wielkie rozczarowanie (miał już przecież wygraną w garści!), Higgins, wielkie wzruszenie, ponowne dojście na szczyt i dedykacja meczu nieuleczalnie choremu ojcu.

Mecz skończył się dużo po północy. Szok i przeżywanie meczu wygrały z moim snem. A o piątej rano brutalna pobudka i ponowne przywitanie szarej (no raczej białej, ale wciąż nie kolorowej jak snookerowe bile) rzeczywistości.

Kolejne spotkanie z zielonym stolikiem nastąpi już po Nowym Roku (turniej Masters 9 - 16 stycznia). Dlatego wszystkim już teraz chciałabym życzyć udanych Świąt. Zdrowych. I dużo odpoczynku. I realnych postanowień noworocznych (w moim przypadku - częstsze pisanie, bo choć w Telford się tyle ciekawego wydarzyło, to dzisiaj jest to nierozsądnie aby do tego wracać). I jeszcze snookerowych emocji w nowym roku, wraz ze świętym spokojem we wszelkich innych dziedzinach. I co jeszcze dusza zapragnie.

Zdjęcie pochodzi ze strony worldsnooker.com

[Powrót na górę strony]


Power zone, power time, power show and play

Swoje emocje związane z turniejem Power Snooker podzielę na dwie kategorie: zachwyt oraz... umiarkowany zachwyt. Do pierwszej zaliczam:

Do umiarkowanego zachwytu mogę zaś zaliczyć następujące kwestie:

Pomimo wszelkich wątpliwości, jestem zdecydowanie za odbywaniem się tej gry w sposób cykliczny. Na pewno nie wyprze ona klasyki, a może tylko od czasu do czasu być odskocznią od długich spotkań o dużą stawkę. Z pewnością się z tym zgadza również Ronnie O'Sullivan, zwycięzca pierwszej odsłony Power Snookera, który twierdzi, że snooker zaczyna w końcu wchodzić do XXI wieku. Do wieku power show snookera.

Więcej na stronie: Eurosport.pl

[Powrót na górę strony]

World Open 2010

Dusza O'Sullivana została skradziona

[Neil Robertson zwycięzcą World Open 2010]

Aż trudno wymienić, ileż to radości musiała przynieść wygrana w World Open Neilowi Robertsonowi. Wygrał on bowiem, oprócz standardowych dyrdymałów jak 7 tysięcy punktów rankingowych i 100 tysięcy funtów, dużą dawkę energii i pewności siebie. Otóż sytuacja, gdy:

jest po prostu nieprawdopodobna. A wszystko to stało się ledwie kilka dni temu.

Przytoczone wyżej słowa tytułu notki jak ulał pasują do meczu finałowego. W ostatnich czasach przyzwyczailiśmy się do dość defensywnej gry Australijczyka, Ronnie O'Sullivan zaś zawsze był synonimem gry szybkiej i ofensywnej. Podczas meczu zdawało mi się, jakby panowie zamienili się duszami. Tak po prostu. Anglik nie pokazywał swojej genialnej formy, którą prezentował dzień wcześniej. Popełniał proste błędy. Użył ryzykownej rotacji, co zemściło się na nim dość szybko, gdy biała znalazła swoją drogę do kieszeni. Gdy odchodził od stołu, grą zawładnął Neil Robertson. I tak niemalże w każdej partii - po wynikach można sądzić, że mecz był wyrównany. W rzeczywistości jednak O'Sullivan nie czuł się pewnie na stole. Australijczyk zaś pewnym i równym krokiem dążył do swojego szóstego zwycięstwa w karierze.

Wszystkie kangury i misie koala składają gratulacje. Do tego dołączył się również Ronnie O'Sullivan w wywiadzie pomeczowym: Grał lepiej, zasłużył na zwycięstwo. Jest mistrzem świata i numerem jeden na rankingu. Pokonał mnie tak, jak należało się spodziewać po mistrzu świata i numerze jeden. Powiedziałem mu po meczu "dobra robota", bo rzeczywiście właśnie taką wykonał* - przyznał Anglik.

Cóż tu więcej dodawać? Krótki mecz i krótka historia. Dłuższe snookerowe opowieści będą na nas czekać w długie zimowe wieczory - już od 4 grudnia startuje UK Championship.

* - cytat z eurosport.pl
Zdjęcie pochodzi ze strony: worldsnooker.com

[Powrót na górę strony]

Snooker fiction: siła snookera

Dzień dobry! Witają państwa z samego rana...
- Rafał Jewkruk
- ... i Przemek Gawron. Od dzisiaj zaczynają się pierwsze w tym sezonie mecze rankingowe w bardzo prestiżowym turnieju Kowbojów z Szanghaju. Niestety, zabraknie w nim dwóch największych władców snookera...
- Jan Kiggins został powieszony...yyy... zawieszony za swoje ukraińskie postępki. W ciągu kilki najbliższych dni bogowie zbiorą się na snookerowym Olimpie, aby wydać sprawiedliwy wyrok. Całkiem możliwe, że Kiggins zostanie strącony do Tartaru i będzie musiał się nauczyć żyć w strasznym świecie bez snookera.
- Albo sięgnie głęboko do swojej kieszeni i po pół roku wszyscy zapomną o incydencie, podobnie jak to się dzieje w Kraju Nadwiślańskim z piłką kopaną.
- Wracając do władców - drugim wielkim nieobecnym jest Ronald O'Minivan. Został on w swoim królestwie i najprawdopodobniej usilnie nad czymś duma. Tymczasem wracamy do Szanghaju komentować dla państwa mecz z udziałem obecnego Mistrza Świata Roberta Neilsona i Piotra Łebdona...

W tym samym czasie Ronald O'Minivan usilnie nad czymś duma. Krąży wokół swojego stołu do snookera niczym osa i zastanawia się, czego brakuje tej grze. Po 38. kilometrze i z wyraźnym już śladem pieszej wędrówki po zielonym dywanie, nastąpił kres rozważań - ależ oczywiście! Brakuje siły! Każdy sport reprezentuje jakąś siłę, gdzie nie ma miejsca na sentymenty wobec przeciwnika. Podobnie powinno być w snookerze - dodatkowy power się każdemu przyda.

Z tym oto genialnym pomysłem Ronald O'Minivan biegnie do szefa wszystkich szefów na szczyt snookerowego Olimpu. Zatrzymuje się na chwilę przed drzwiami z napisem: Uwaga! Groźny Prezes!, aby jego radosne serce się nieco uspokoiło. Puka i delikatnie otwiera jedno ze skrzydeł prezesowskich drzwi.

Nieśmiało zajrzawszy do środka potwierdza swoje przypuszczenia, iż Najjaśniejszy Prezes z uwagą obserwuje spotkanie pomiędzy Robertem Neilsonem a Piotrem Łebdonem. Prezes, odchyliwszy nieco głowę, spostrzegł swojego gościa:
- Ach, to ty Ronaldzie, siadaj, zobacz jak Łebdon ładnie gra, a wysyłał nam jakieś pisma, jakoby z wyliczeń statystycznych wynikało, iż przegra spotkanie z kretesem.
- Tak, faktycznie, Crazy Peter się rozkręcił
- bąknął Ronald O'Minivan - ale przyszedłem w innej sprawie. Mianowicie chciałbym stworzyć turniej...
- A rób co chcesz.
- ... w którym kibice mogliby głośno kibicować...
- A rób co chcesz.
- ... byłoby mniej bil...
- A rób co chcesz.
- ... a wszystko byłoby na czas i zdobytą ilość punktów...
- A rób co chcesz.
- ... i nazwałbym to siłą snookera, aby zrobić odmianę od klasyki i zdobyć więcej popularności...
- A rób co chcesz.
- ... i jeszcze zaprosiłbym tych wszystkich szybkich zawodników, takich jak na przykład Ali Parter i ten Chińczyk...
- Ding Żujklej? A Rób co chcesz.
- Właśnie! Ding Żujklej. To co, Prezes się zgadza?
- z niedowierzaniem dopytuje się Ronald O'Minivan.
- Ależ oczywiście! Tam gdzie ty, tam i kibice, a tam gdzie kibice to i telewizja. Każdemu się też przyda dodatkowy power z tym związany. Przynajmniej w takim hałasie nie przysnę na długich frame'ach. No i dzięki temu żona mnie z domu nie wyrzuci za kolejny spalony garnek - z przekonaniem mówił Prezes przypominając sobie nagle o włączonym żelazku - Ronaldzie... rób co chcesz. Masz moje pełne błogosławieństwo - dodał Prezes pospiesznie kończąc rozmowę.

Ronald O'Minivan słysząc te wszystkie pełne mądrości słowa, udał się w kierunku domu. W chwilę po przekroczeniu progu i wtopieniu się w miękki fotel, zamarł w bezruchu zatapiając się w myślach. Na twarzy została mu tylko mina grzecznego chłopca, który kombinuje nad realizacją kolejnego żartu.

UWAGA! Przedstawione wydarzenia są fikcyjne. Podobieństwo do autentycznych nazw i osób występujących w tekście jest zamierzone przypadkowe. [Powrót na górę strony]

SHANGHAI MASTERS 2010

Uśmiech proszę!

[Ali Carter zwycięzcą Shanghai Masters 2010]

Zaskakująco. Niespodziewanie. Nieobliczalnie. Oto słowa, które byłyby najtrafniejszą odpowiedzią na pytanie: Jak toczyły się losy ćwierć i półfinałów Shanghai Masters? Powodów takich stwierdzeń wynalazłam aż sześć:

  1. Skład spotkania Burnett - Mark Davis. Pierwszy ćwierćfinał od dawna dla obydwu panów. Jeden z nich musiał przejść do pierwszego w swoim życiu półfinału. Potem się okazało, że zawitał on również w finale. Największy życiowy sukces odnotował Jamie Burnett...
  2. ...wygrał on bowiem z Markiem Davisem wynikiem 5-4, przegrywając już 1-4...
  3. ...a ponadto dał niezłego łupnia Jamiemu Cope'owi w meczu półfinałowym, nie będąc faworytem. W ten sposób Burnett dostał się do upragnionego finału turnieju rankingowego.
  4. Przegrana obecnego wicemistrza świata i Mistrza Świata z 2006 roku. Graeme Dott 2-5 Jamie Cope.
  5. Przebieg meczu Ali Cartera i Matthew Stevensa. Anglik również przegrywał 1-4, jednak rozpędzony niczym rosyjski myśliwiec, migiem wygrał spotkanie wynikiem 5-4. Stevensowskie słynne niedokładności, lenistwo w sięganiu po przyrząd, a także brak duszy killera - to wszystko zmówiło się przeciwko biednemu Walijczykowi.
  6. Wynik meczy Selby'ego i Cartera. Ten pierwszy był murowanym faworytem do czasu, aż wygrał 2 partie. Po tym już tylko asystował Carterowi w drodze do finału.

W ten oto sposób Jamie Burnett i Ali Carter dotarli do wspomnianego przed chwilą finału. Niestety, tak jak w wielu wcześniejszych turniejach, okazało się, że im lepiej zawodnicy grają przed finałem, tym gorzej jest w ostatnim meczu turnieju.

Nie inaczej było i tym razem - długie, naprawdę długie frame'y. Mało efektownych breaków. Dużo gry taktycznej, ale przyznajmy - na średnim poziomie, zwłaszcza w porównaniu do meczu Cartera i Selby'ego. Nic więc dziwnego, że tuż po wbiciu zwycięskiej bili na 10-7 Ali Carter się nie cieszył - wiedział, że obaj mogli pokazać znacznie więcej dobrego snookera. Chińczycy na to zasługiwali, gdy zabrakło w ich turnieju O'Sullivana i Higginsa, a reszta faworytów szybko odpadła.

Dlatego teraz mówię: Ali, uśmiech proszę! Właśnie wygrałeś swój drugi w karierze tytuł rankingowy (przez co muszę zmienić opis w zawodnikach). Oprócz tego zdobyłeś 60 tysięcy brytyjskich funciaków i 7 tysięcy punktów do rankingu. I trofeum (które wcale nie jest złotym talerzem, jak wcześniej pisałam, myląc Shanghai Masters z China Open. Cóż... i tu i tam jest mnóstwo Chińczyków). 2 tysiące funtów zwinął wszystkim sprzed nosa Stuart Bingham za najwyższy break w turnieju - 142 kolorowe oczka.

Już w tym tygodniu mamy kolejne spotkanie ze snookerem - tym razem World Open w Glasgow. Jeden stół, mnóstwo zawodników i... przewidywany chaos w organizacji, czyli kolejne szkockie modyfikacje (zapewne z oszczędności). Zapraszam!

Zdjęcie pochodzi ze strony worldsnooker.com

[Powrót na górę strony]