![[Snooker według Kooniczyny, czyli o świecie snookera
z przymrużeniem oka]](obrazki/logo.png)
Czyli subiektywnie przedstawiona pierwsza 16-stka
światowego rankingu
(na dzień: 06.07.2011 r.).
Urodzony 21 marca 1975 roku Walijczyk rozpoczął swoje zawodowstwo w roku 1992 (cóż za dobry rok wtedy był!), zdobywając do tej pory 18 tytułów turniejów rankingowych, w tym dwa mistrzowskie (z 2000 i 2003 roku). Niestety, na jakieś 8 lat zrobił on sobie odpoczynek od zwycięstw, przerywając złą passę dopiero w German Masters 2011 (kto przegapił te zawody niech mocno żałuje!). Bardzo gorąco polecam mecze z jego udziałem, bowiem borsucza gra jest całkiem miła i sympatyczna dla oka, zwłaszcza w trakcie trwania dobrej formy Williamsa. A ostatnio jest w całkiem niezłej dyspozycji, co jest widoczne głównie na liście rankingowej, gdzie na swych borsuczych łapkach wspiął się na sam jej szczyt.
Postać Marka Williamsa jest wyjątkowa - swój borsuczy przydomek zdobył dzięki temu, że... nie golił
się w trakcie trwania turnieju, w którym brał udział. Ponoć miało mu to przynosić szczęście,
jednak efekty nie zawsze zadowalały walijskiego zawodnika. Inną cechą charakterystyczną jest
sposób poruszania się przy stole - najpierw idzie cała reszta
, a dopiero potem próbuje
to wszystko dogonić głowa. Złośliwi twierdzą, że to wszystko przez hobby - zbyt szybką
jazdę zbyt bardzo wypasionymi samochodami.
John Higgins, Czarodziej z Wishaw, Maximum Man - niejedno imię ma ta osoba, która
może się pochwalić czterema (!) tytułami Mistrza Świata oraz 20 innymi na swoim koncie.
Do swoich oficjalnych osiągnięć dołożył ponad 400 breaków stu-punktowych i wyższych, w tym
pięć okrągłych
147. Jest jednym z najlepszych snookerzystów na świecie, a jego lekkość
gry potrafi dosłownie oczarować każdego.
Czary jednak na pewien moment przestały działać. Nad świetlaną karierą Higginsa zebrały się ciemne chmury, które wywołały istną burzę w snookerowym świecie. Oskarżenie o celowe przegrywanie meczów wykluczyły Szkota z rozgrywek na kilka miesięcy. W ubiegłym roku przewidywałam nawet koniec jego gry, ale... jakże się myliłam (cóż, stąd się dowiedziałam, że wróżką na pewno nie zostanę)! Po pewnym czasie najcięższe zarzuty ciążące na Higginsie zostały wycofane, a karą, jaką zapłacił Szkot za niepoinformowanie światowych władz o incydencie była utrata dużej sumy pieniężnej i sporej liczby punktów rankingowych, które Higgins mógł potencjalnie zdobyć w turniejach.
Po powrocie ze snookerowej banicji życie Higginsa znowu obróciło się do góry nogami. Jak na ironię, po najgorszych dla siebie chwilach znów pojawił się promyk szczęścia. A właściwie to całe Słońce, bo dzięki wygraniu UK Championship, Welsh Open oraz czwartego tytułu Mistrza Świata Szkot stał się prawdziwą legendą - idealną, aby nakręcić film ze szczęśliwym zakończeniem. Dano mu drugą szansę - widać, że ją chwycił i wykorzystał w pełni.
Mark Selby zaczął tłuc profesjonalnie bile w roku 1999, jednak pomimo tego zdobył on tylko jeden tytuł rankingowy - Welsh Open 2008. W niewiadomy sposób (klątwa walijskich smoków? Podpisany cyrograf z Mefistofelesem?) wyrwał go z gardła Ronniego O'Sullivana. Oprócz tego asystował Higginsowi w zdobyciu drugiego tytułu MŚ w 2007 roku i wygrał turniej Masters w latach 2008 i 2010. Udało mu się również wbić 147 oczek na Jiangsu Classic 2009.
Jeszcze rok temu zachodziłam w głowę, skąd Anglik wytrzasnął taką popularność - dotychczas jego gra nie zwalała z nóg (ani ze strony ofensywnej ani defensywnej). Pomimo tego był w miarę skuteczny i tym sposobem odnosił mniejsze i większe sukcesy. Dopiero w Mistrzostwach Świata 2011 zauważyłam różnicę w jego stylu gry - zaczął grać... po prostu przyjemniej. Nie wiem, czy to ja nagle przejrzałam na swoje zielone oczy, czy nie miałam okazji wcześniej obserwować gry Selby'ego przez dłuższy czas, ale trzeba przyznać, że ten zawodnik wie jak machać kijaszkiem aby osiągnąć cel, jednocześnie stale utrzymując uwagę widzów. Pomimo, iż w minionym sezonie nie udało się Anglikowi wygrać żadnego turnieju, to wspiął się on na trzecie miejsce listy rankingowej, zapewne ku uciesze całej rzeszy fanek, którym spodobał się wysoki i przystojny brunet...
Ding Junhui urodził się 1 kwietnia (to nie żart!) 1987 roku, mieszka w Prowincji Jiangsu, niedaleko Szanghaju. Młody Chińczyk zaczął profesjonalną karierę w roku 2003 i przez te lata wymachiwania kijem zdobył już 4 tytuły: China Open 2005 (wystartował z dziką kartą), UK Championship (2005, 2009) oraz Northern Ireland Trophy 2006. Jakby tego było mało, to dorzucił jeszcze dwa breaki maksymalne w Masters 2007 i UK Champs 2008.
Te wszystkie przytoczone wyżej liczby przypominają mi, jaką świetlaną przyszłość wszyscy znawcy snookera mu wróżyli. W pewnym okresie nawet nie był zwykłym człowiekiem tylko maszyną zaprogramowaną na wbijanie bil i wygrywanie meczów. W sytuacji, gdy miał 2 partie przewagi, prawie zawsze spotkanie wygrywał. Jednak jego psychika była na tyle słaba, że po kilku dotkliwych porażkach Chińczyk niemalże zapomniał, jak się wygrywa i przez dłuższy czas nie odnosił nawet połowicznych sukcesów. Po tym ciężkim okresie Ding Junhui powoli wraca do swojej dawnej formy, ale już z dużo większym bagażem doświadczeń, który pozwolił mu na wygranie nierankingowego Mastersa i dotarcie aż do półfinału Mistrzostw w 2011 roku.
Kangur, Kurczak - kolejne zwierzęta zawitały do grona światowych snookerzystów, gdy Australijczyk (niektórzy mówią, że ma zawarty pakt z misiami Koala) zaczął odnosić swoje pierwsze sukcesy. Słynący ze swojego pochodzenia i włosów Neil Robertson rozpoczął swoją profesjonalną karierę w roku 1998. Do tej pory zwyciężył w 6 turniejach rankingowych: dwa razy w Grand Prix (2006 i 2009 r.), Welsh Open 2007, Bahrain Championship 2008 World Open 2010 oraz najważniejszy: Mistrzostwa Świata 2010. Do tego wbił ponad 100 breaków stu-punktowych, w tym jeden o liczbie oczek równej 147.
Zazwyczaj jego gra jest miła dla oka, głównie dzięki szybkości i efektownym wbiciom. Niestety, często odnoszę wrażenie, jakby po stole przeszło tornado - rzadko bile są poukładane, częściej wytykają język i są nieposłuszne. Można to było zaobserwować głównie w finale MŚ 2010... ale cicho sza o stylu. Po pewnym czasie nikt nie będzie pamiętał, za to australijskie nazwisko wśród innych Mistrzów zostanie na zawsze. I nie zmieni tego fakt, że gdy bronił tytułu to przegrał już w pierwszej rundzie z Juddem Trumpem (jak się potem okazało - objawieniem turnieju i późniejszym Wicemistrzem)...
Ali Carter, znany również jako Kapitan
(z racji tego, że jego drugie wcielenie to...
pilot samolotu) powinien był już dużo osiągnąć w swoim zawodowym życiu. Swoją karierę wśród
zawodowców rozpoczął w 1996 roku. Do tej pory zdobył tylko dwa tytuły: Welsh Open 2009 i
Shanghai Masters 2010. Do tego asystował Ronniemu O'Sullivanowi w finale Mistrzostw Świata w 2008
roku. Pomimo tego ciągle mi się wydaje, jakby Anglik grał od wieków i
sporo już osiągnął (ciągle tylko widzę, jak się przemyka po transmisjach telewizyjnych).
Każdy jego mecz oglądam z
wielką przyjemnością i, bowiem
Anglik ma w sobie to coś
czym potrafi przyciągnąć uwagę. A ja wierzę, że swoje najlepsze
czasy ma jeszcze przed sobą!
Anglik zaczął profesjonalną karierę w 1998, do tej pory zdobył trzy tytuły rankingowe
(plus mniejszy PTC w 2011), a
jego pierwsze zwycięstwo to... MŚ w 2005 roku (w finale pokonał Matthew Stevensa). Pamiętam,
jaka wtedy byłam zdziwiona całą sytuacją i jak wiele ten turniej stracił w moich oczach -
moim skromnym zdaniem zdobycie najcenniejszego tytułu powinno być zarezerwowane dla zawodnika,
który już niejedno w sporcie osiągnął, a nie dla całkowitego outsidera
... Ale cóż, było, minęło,
a Murphy jak dzięki temu się dostał do światowej elity, tak na razie w niej został.
Muszę też
wspomnieć, iż dziwnym zbiegiem okoliczności dosyć duża grupa fanów snookera, lekko mówiąc, nie
przepada za Anglikiem, jednak spytana o powód tejże niechęci, grupa badanych
nie potrafiła
na to pytanie odpowiedzieć. Hm, czyżby Murphy wysyłał przez telewizję jakąś złą energię? Jednak,
co by o nim nie mówić, to trzeba mu oddać co jego - a więc wcale niezłe techniki gry oraz wbijana
niebieska przez przekątną stołu (jego firmowy znak jeszcze z tak niedawna).
Co by się o tym dżentelmenie nie mówiło, to widoczne są podobieństwa do 7-krotnego Mistrza Świata Stephena Hendry'ego. Po pierwsze: też ma na imię Stephen. Po drugie: obaj są dumnymi ze swojej narodowości Szkotami. Po trzecie: te uderzająco podobne techniki gry, myślenie i zachowanie przy stole... Nie da się nie zauważyć, że panowie z pewnością razem ze sobą grywali (tudzież dalej grywają, jeśli nic nie stanęło na przeszkodzie). Był okres, że był nawet nazywany pogromcą Ronniego O'Sullivana, ponieważ kilka razy Szkotowi udawało się pokonać Anglika w wielkim stylu.
Maguire jest zawodowym graczem od 1998 roku,
jednak wygrał dopiero 4 turnieje rankingowe, w tym bardzo cenne UK Championship w 2004 roku.
Jego najwyższym breakiem jest 147 zrobione dwa razy. Jako jeden z nielicznych graczy nie nosi
muchy na szyi (tak, tak, ten ubraniowy owad
jest obowiązkowy!) z powodów zdrowotnych.
Czasami mi się zdaje, że Judd Trump na drugie imię nosi Sensacja
. To słowo bowiem
jest odmieniane we wszystkich przypadkach, gdy mowa jest o młodym Angliku, o którym było
już głośno, gdy zaczynał swoją zawodową karierę w 2005 roku. A właściwie cały czas jest głośno,
bo gdy jest w pobliżu, to dla bil nie ma żadnej litości i wbijając je z hukiem wygrywa
spotkania w... sensacyjnym stylu. Niemalże każde z jego zagrań to oddzielne dzieło sztuki, które
można oglądać bez końca. I wcale nie wyolbrzymiam - Judd Trump już został okrzyknięty
drugim O'Sullivanem, a nawet lepszą wersją 3-krotnego Mistrza Świata.
A to dopiero początek...
Popularność Judd Trump zyskał głównie pod koniec sezonu 2010/2011, kiedy wygrał China Open 2011. Już wtedy można się było domyślać, iż Neil Robertson nie będzie miał z nim łatwej przeprawy w pierwszej rundzie na Mistrzostwach Świata. Trump pokonał obrońcę tytułu, a następnie usadzał kolejnych przeciwników, dochodząc aż do finału, w którym uległ Higginsowi. Dzięki osiągniętym sukcesom, Trump wskoczył do pierwszej 16-stki światowego rankingu, aby mógł dalej siać spustoszenie wśród przeciwników...
Urodzony 12 maja 1977 roku Graeme Dott profesjonalnie toczy kulki od roku 1994. Przez te 16 lat uzyskał ledwie dwa tytuły rankingowe: Mistrzostwa Świata w roku 2006 oraz China Open w rok później. Jego najwyższy break to 147 oczek uzyskane w 1999 w British Open.
Jakby nieco paradoksalnie, obydwa zdobyte przez Dotta tytuły odzwierciedlają dwa różne
style gry, jakimi dysponuje Szkot. Mistrzostwa Świata były rodzone w wielkich bólach - bałagan
na stole, breaki jednocyfrowe, długi czas oczekiwania na ruch... i to wszystko spotęgowane
obecnością Petera Ebdona w finale. China Open zaś to było całkowite przeciwieństwo - ciekawa
gra, wysokie breaki, dynamika. Obecnie zaś Dott ma coś
pomiędzy tymi dwiema
skrajnościami. Kibice snookera życzą Dottowi więcej chińszczyzny...
Ten niewinnie wyglądający człowiek w sympatycznej koszulce z napisem: I love snooker
jest
uznawany za jednego z najbardziej kontrowersyjnych zawodników w historii snookera. Jedni go
kochają za talent jaki posiada, inni nienawidzą za jego wybryki
, które nieraz były widoczne,
zarówno w trakcie jak i po spotkaniu. Jedno jest natomiast pewne: nikt nie może mu odmówić tego,
iż jest chodzącym talentem do gry w snookera. Jego umiejętności w szczytowej formie potrafią
przyćmić grę pozostałych graczy, dzięki czemu zdobył trzy Mistrzostwa Świata oraz 19 innych
tytułów turniejów rankingowych. Ronnie O'Sullivan jest drugim, zaraz po Hendrym, zawodnikiem,
który wykonał najwięcej setek
- ponad 600, w tym aż 10(!) breaków maksymalnych.
Z rozpędu aż chciałam powiedzieć, że te liczby mówią same za siebie
, jednak w ostatnim
momencie się powstrzymałam. Bowiem czym jest liczba? Ot, zbitkiem co najmniej dwóch cyferek. Tego
zaś nie można porównywać z magiczną atmosferą, gdy O'Sullivan, będąc niemalże w transie,
dokonuje kolejnych cudów na stole. Jakby zawarł pakt, dzięki któremu może dowolnie łamać
prawa fizyki. Dosłownie się rozpływam w zachwytach, gdy obserwuję te miękkie zagrania nadające
tak silne rotacje, że bile same tańczą na stole. W takich chwilach człowiek naprawdę zapomina
o tych wszystkich wybrykach Anglika. Światowa Federacja również... I to pomimo, iż
właśnie ma za sobą jeden z najgorszych sezonów w karierze, gdzie jego forma przypominała
raczej pełzającego ślimaka niż lot rakiety.
Mark Allen urodził się 22 lutego 1986 roku, obecnie mieszka w Antrim. Podobnie jak Judd Trump, zawodowcem stał się w roku 2005. Jego najlepsze osiągnięcie to dotarcie do półfinału MŚ 2009 i kilku innych turniejów rankingowych. Najwyższy break Marka Allena to 146 zrobione dwukrotnie (!).
Allen znany był raczej z ofensywnej gry i niechęci do odstawnych, za co często dostawał po uszach od przeciwnika. Niestety, to się na pewien czas zmieniło, wraz z problemami osobistymi, jakich ten zawodnik doświadczał. Pamiętam, że aż żal było patrzeć na tego Irlandczyka z Północy, gdy dostawał solidne baty od Matthew Stevensa w pierwszej rundzie MŚ 2011. Najwyraźniej sądząc, że nie ma już nic do stracenia, zaczął w końcu ryzykować. Jego taktyka przyniosła niespodziewany obrót w całym meczu, który ostatecznie wygrał w decydującej partii, wydając z siebie okrzyk radości jakiego Crucible chyba jeszcze nie słyszało. To dało mu siłę, aby przejść aż do ćwierćfinału, gdzie w równie dobrym stylu uległ fenomenalnie grającemu Williamsowi. Trzymam kciuki, aby ta błyskotliwa gra Allena w kolejnym sezonie również się ujawniła.
Nazwisko Ebdona jest dość elektryzujące w snookerowym światku. Z jednej strony jest synonimem nudy wiejącej z ekranu oraz celowego przedłużania gry. Inni pod tym wysokim czołem widzą nieprzeciętny umysł, który potrafi wygenerować naprawdę dziwny pomysł na zagranie (rzadko bywają one skuteczne, ale zawsze są bardzo efektowne). Jedno jest pewne - nie znajdzie się na świecie sympatyk snookera, który ma o nim obojętne zdanie, bo po prostu takiego nie ma.
Pomimo swojego, hm, specyficznego
stylu gry, Ebdon w swojej karierze trwającej od 1991
roku zdobył 8 tytułów, w tym mistrzowski z roku 2002. Do tego dołożył dwa maksymalne
breaki. Wnikliwy obserwator (wciąż mający w pamięci koszmar z finału MŚ 2006)
może się zapytać, w jaki sposób udało się temu Anglikowi do tego wszystkiego dojść. No cóż,
tego nie wie nikt. Kolejne próby rozwiązania tej zagadki mogą mieć miejsce już w kolejnym
sezonie, zwłaszcza dzięki samemu Ebdonowi, któremu udało się wrócić do zaszczytnej
16-stki światowego rankingu.
Matthew Stevens jest fenomenem samym w sobie. Jego styl gry pozostawia wiele do życzenia: wciąż problemem jest dobre pozycjonowanie białej, przez co potem jest zmuszany do odstawienia się. Małe niedokładności uprzykrzają mu życie na każdym kroku. Do tego Walijczyk boi się używać krzyżaka (co najmniej jakby ten przyrząd piekł go w dłonie), stąd też rozciąga i wyciąga się przez cały stół, aby ostatecznie... spudłować. Ah, no i najważniejsze: Stevens jest mistrzem w przegrywaniu wygranych spotkań. Przykładów nie trzeba daleko szukać - wystarczy chociażby pierwsza runda MŚ 2011, gdzie Walijczyka pokonał... kompletnie rozbity psychicznie Mark Allen.
No i gdzie tu fenomen, pytacie się? A ja odpowiadam pytaniem: w jaki sposób Walijczyk ponownie znalazł się w pierwszej 16-stce światowego rankingu? Jest to równie zagadkowa postać jak Peter Ebdon, choć może się pochwalić nieco mniejszymi osiągnięciami - wygrał jedynie UK Championship 2003 i Masters w roku 2000. A i wbił raz 145 oczek. Pomimo tego potrafi się czuć sympatię do Walijczyka, dlatego życzę mu większych osiągnięć w tym sezonie i przede wszystkim utrzymania pozycji wśród pierwszej 16-stki.
Urodzony 12 września 1985 Anglik przeszedł na zawodowstwo w roku 2001.
Do tej pory jego największymi osiągnięciami jest asystowanie
w finałach turniejów
Grand Prix 2006 oraz China Open 2007. Najwyższy break to 147 punktów zrobione dwukrotnie:
w Grand Prix 2006 oraz Shanghai Masters 2008.
Podobnie jak Mark Allen, również należy do klubu młodych strzelb
, które
grając robią mnóstwo huku i dymu. Czasem takie zagrania przynoszą nawet wymierne korzyści,
częściej jednak przekreślają szanse zawodnika na uzyskiwanie kolejnych etapów turnieju.
Jamie Cope powoli jednak zbiera cenne doświadczenie, aby już wkrótce mógł władać
nad stołem snookerowym. A wtedy - klękajcie narody!
Stephen Hendry to zawodnik naj
. Najwięcej wygranych turniejów (36) w tym najwięcej
wygranych tytułów Mistrza Świata (7). Najwięcej wbitych breaków powyżej 100 punktów (ponad 700)
w tym najwięcej (na równi z O'Sullivanem) breaków maksymalnych (10).
W tym przypadku liczby mówią same za siebie. Nie, one nie mówią - tylko wzdychają
do Hendry'ego, podziwiając jego niesamowitą skuteczność.
Doceniana jest wspaniała technika gry Stephena Hendry'ego (Chińczycy na tym punkcie mają niezłego bzika). W trakcie jego meczu proszę zwrócić uwagę na sylwetkę Szkota: podczas wyprowadzania uderzenia całe ciało stoi w idealnym bezruchu, a jedyne co się porusza to ręka w dół od łokcia oraz rozbiegane po całej linii toru bil błękitne oczy Stephena.
Hendry rozpoczął karierę w 1985 roku i wciąż po tylu latach gry jest zawodnikiem uwielbianym na całym świecie i jeszcze, miejmy nadzieję, przez wiele sezonów będzie gromadził na swoich meczach pełne sale wiernych kibiców.